Stan do marca 1943 roku i trochę później - opracował
Leonard Urbanowicz, 2004 r.
KOLONIA ZALESIE była położona w
południowo zachodniej części gminy Berezne w pobliżu miejscowości Zurne, a
miejscowość ta stanowiła jedną z siedzib hrabiów Małyńskich, których można
zaliczyć do ważnych osób w tej opowieści. Kolonia Zalesie leżała pomiędzy wsiami
Białką od północy, a Gołubnem (Hołubnem) od południa, a w odległości około 9
kilometrów na południe od miasta Berezne. Od Zalesia na wschód leżał mały Futor
Niedzieliszcze, a za tym futorem dalej na wschód była stara i duża wieś Druchowa. Na
zachód od Kolonii Zalesie były dość rozległe bagna nazywane Zielene Hało. Bagno to
też odgradzało kolonię od północy. Z bagna wypływała rzeczka Fosa, naturalna
granica Kolonii, która była lewym dopływem innej rzeczki Krywuchy, a ta z kolei była
dopływem Słuczy, do której to wpadała pomiędzy Mokwinem, a Bereznem. Berezne
posiadało prawa miejskie i to od bardzo dawna, choć trudno precyzyjnie określić od
kiedy. Berezno od dawnych czasów było centrum gminnym. W całej swej historii należało
do różnych właścicieli, jednym z ostatnich był Emanuel Małyński. Obecnie Berezne
pełni rolę centrum rejonowego. Rejon jest czymś więcej, niż nasza przedwojenna gmina,
choćby z faktu, iż jest obszarowo większy, a także z tego, iż w obecnej administracji
na Ukrainie obowiązuje układ dwustopniowego zarządzania. Są więc Rejony i Obwody,
czyli dawne województwa. W chwili obecnej Berezne stanowi centrum rejonu, w województwie
(obłasti) Równe (Rivne lub Rowno w zależności od okresu w jego
historii). Berezne po ukraińsku też nazywa się Berezne, ale rejon nazywa się już
"berezniwskij" Przedwojenne polskie województwo wołyńskie obejmowało,
z grubsza rzecz biorąc, terytorium obecnych dwu obwodów, a więc Wołyńskiego i
Rówieńskiego. Obszar Obwodów Wołyńskiego i Rówienskiego został powiększony o
ziemie należące przed wojną do województwa Poleskiego, z tym że więcej zyskał ten
pierwszy obwód do którego przyłączono powiat Kamieniecko Koszyrski. Od Wołynia
odłączono powiat Krzemieniecki, na rzecz Obwodu Tarnopolskiego. Na mapach Ukrainy,
miasteczka typu Berezne noszą nazwę osady o miejskim charakterze (posiełok
gorodskowo typa). Różni je to od miasta, iż funkcjonują w nich rady osady (sielsowiety).
a w miastach są rady miejskie (gorsowiety). Myślę, iż wobec dość dynamiczne
rozwoju tej osady niedługo otrzyma prawa miejskie. Oczywiście urzęduje tam urząd
Przewodniczącego Rady Rejony (gołowa rajsowieta). Jako ciekawostkę mogę tu
przytoczyć, iż miasteczko Tuczyn jest obecnie na poziomie wiejskiego osiedla.
W świetle ostatnich moich dociekań i przemyśleń,
dochodzę do wniosku, iż nasza kolonia istniała ponad sto lat i było to w okresie, od
1860 roku, aż do 1980 roku. W jej historii można wyróżnić kilka faz jej rozwoju:
- lata 1860 - 1890 okres pierwszego osadnictwa,
|
- od 1890 roku do 1920 roku okres
drugiego osadnictwa,
|
- od 1920 do 1943 roku okres pełnego
rozwoju kolonii,
|
|
|
- okres od 1943 roku do 1980 roku, to
okres panowania żywiołu ukraińskiego w naszej kolonii.
|
Datę 1980 przyjąłem hipotetycznie, ponieważ
jeszcze w 1978 roku na terenie kolonii były zamieszkałe cztery domy. Nie wiem, czy
oprócz chat istniała reszta zabudowy z poszczególnych obejść. W tych domach mieszkali
dawni mieszkańcy kolonii, aczkolwiek nie byli to, prawie w każdym przypadku ich
pierwotni właściciele, poza jedną rodziną. Z pośród wielu ostały się: dom Adama
Cybulskiego, brata mojego dziadka Hipolita, dom Stefana Urbanowicza, stryja mojego Ojca i
dom Marcina Urbanowicza, stryjecznego brata mojego ojca, który stał tuż obok naszego
domu, czyli Wiktora Urbanowicza, i jeszcze dom Jana Borowca, w którym mieszkała jego
córka Anastazja. Na południowo- zachodniej granicy kolonii egzystują jeszcze do dzisiaj
trzy domy z ich ukraińskimi właścicielami oraz nie pielęgnowany przez nikogo sad mego
dziadka Hipolita Cybulskiego. Po innych domach pozostały tylko okruchy z cegieł i
pamięć tych co chcą i mogą o nich pamiętać. Od czasów powstania Zalesia i przez
wiele lat po tym, nosiło ono nazwę "Swoboda Zalesie Kazimierzeckie". Kolonią
zostało nazwane dopiero po roku 1920, gdy już na trochę dłużej wróciła ono pod
administrację polską. Określenie Kazimierzeckie, było przyjęte dla odróżnienia od
istniejącego w niedalekiej odległości, innego Zalesia nad Zameczkiem. To drugie Zalesie
leżało w odległości około 20 km od naszego i administracyjnie należało do gminy
bodajże Tuczyn, a w nowszych czasach należało do powiatu Równe. To odróżnienie było
konieczne bo w gminie Kostopol funkcjonowało jeszcze inne Zalesie, i ono leżało w
odległości też około 20 km, z tym że na zachód od naszego. Tu trzeba dodać, że w
chwili powstawania naszych kolonii, całość tych terenów wchodziła w obręb powiatu
Rówieńskiego. Moment wyodrębnienia z powiatu Rówieńskiego powiatów Kostopolskiego i
Sarneńskiego to sprawa XX wieku. Budowa kolei żelaznej jak to mówiono z Równego do
Sarn i dalej na północ (do Wilna), była przyczyną zahamowania rozwoju i znaczenia
naszego miasteczka Berezne, ale także i Tuczyna. Droga bita z Równego do Sarn została
wybudowana znacznie później i nie miało to już tak decydującego znaczenia dla naszego
Berezna.
Można przyjąć, iż początki dziejów naszego
Zalesia są ściśle związane z historią i dziejami rodu hrabiów Małyńskich. Wielu z
pierwszych mieszkańców tej kolonii było najpierw pracownikami na różnych funkcjach i
w różnych częściach majątku hrabiów Małyńskich, a należeli oni do grupy
pracowników najemnych, lub kontraktowych. Jednym z ostatnich przedstawicieli tego rodu
był Marek Małyński do, którego w 1930 r. należały majątki Czerniło (288 ha), Lasy
Bereznowskie (44141 ha), Lewada (321 ha), Niewirków (1870 ha), Zabara (528 ha), Zurne
(606 ha), a innym wymienionym był Emanuel Małyński, do którego należał majątek
Bilcze (407 ha) ,powyższe dotyczy tylko województwa Wołyńskiego. Tu trzeba przyznać,
że jest to tylko cień olbrzymich posiadłości, które były w rękach Małyńskich w
latach, gdy zaczyna się historia naszej kolonii, a i nasi Małyńscy podobno jeszcze w
tych czasach hrabiami nie byli. Nie znam dokładnych związków rodzinnych pomiędzy
Markiem i Emanuelem, chodź z przekazów wynika, iż właścicielem Zurnego był też
Emanuel, ale czy chodzi tu o tę samą osobę to nie wiem. Dziwne w tym spisie jest to,
iż nie wymieniona tam została miejscowość Małyńsk. Jest ona położona w niedalekiej
odległości od Berezna w kierunku północno zachodnim i według mnie stanowiła znaczny
ośrodek przemysłowy Małyńskich, tam znajdował się przez wiele lat dwór, pałac
stanowiący ich wieloletnią własność i będący rezydencją osób zarządzających tą
częścią ich dóbr. Niestety aktualnie ten dwór nie istnieje, ale wiem, iż wieś
egzystuje do dziś. Nie mam wiadomości o szczegółach dotyczących tego rodu. Jak
wspomniałem wyżej, szczegóły te wiele by powiedziały w interesującym nas temacie.
Dotarło do mej wiadomości, iż panowie hrabiowie mieli różne fantazje i to dość
kosztowne, a to automobile, a to samolot, że o innych bardziej przyziemnych nie wspomnę.
Do nich należały różne murowane obiekty w Bereznem, mieli spory udział w budowie
kolei żelaznej na odcinku Równe- Sarny i dalej na północ kraju. Nie wiem jaki był ich
wpływ na rozwój Kostopola. Czy to oni byli udziałowcami budowy dróg bitych z Berezna
przez Kamionkę, do Kostopola, a może tylko z Zurnego do Berezna, no bo przecież gdzieś
pan hrabia musiał jeździć automobilem. Oprócz tych wymienionych przedsięwzięć,
zakładali oni w swych gospodarstwach wiele nowoczesnych urządzeń, typu wodociągi, że
o nowoczesnych narzędziach rolniczych nie wspomnę. Z ich inicjatywy powstały w miarę
nowoczesne zakłady przeróbki płodów rolnych typu gorzelnie, czy krochmalnie. W
produkcji rolnej stosowali wiele nowoczesnych metod upraw i to zapewne dostosowanych do
trudnych jakościowo gleb w ich majątkach. Osobnym, ale ważnym obszarem działalności
była gospodarka w lasach, których panom hrabiom nie brakowało. Ciekawym tematem byłoby
zapoznanie się ze szczegółami dziejów rodu Małyńskich. W jakiś sposób z Zalesiem
powiązane są rodziny Rybczyńskich i Chorążewskich. Ci pierwsi byli przez jakiś czas
właścicielami majątku Jabłonne, w skład którego wchodziły zachodnie obszary
późniejszego Zalesia. Przez związki rodzinne i inne układy z Rybczyńskimi powiązani
byli Chorążewscy, a interesy i zobowiązania wprowadziły w sprawy Zalesia Małyńskich,
którzy według mnie stali się na pewno właścicielami południowo wschodniej części
przyszłego Zalesia. Owe przemiany zachodziły w całym okresie II-giej połowy XIX wieku
i nie były wolne od sporów i innych zatargów. We wspomnianej wyżej książce wymienia
się dwóch właścicieli dóbr Małyńskich, Marka i Emanuela. Faktem jest, że Emanuel
przekazał resztki swej niegdyś bardzo wielkiej fortuny na rzecz klasztoru sióstr
Urszulanek w Bereznym, łącznie z pałacem w którym pomieścił się dom zakonny. Taki
był koniec wielkiej fortuny Małyńskich, tylko czy całej. W Internecie nie znalazłem
żadnych informacji o tym rodzie.
Można przypuszczać, że jakiś wpływ na
osadnictwo miały kolejne powstania narodowe i prawdopodobny w nich udział naszych
przodków, a przede wszystkim związana z nimi migracja ludności z innych obszarów
Polski na Wołyń, który wydawał się dobrym miejscem i stwarzał, na - nazwijmy to;
okazję na zejście władzy z oczu. Nieprzebyte lasy ciągnące się kilometrami, przy
małej stosunkowo gęstości zaludnienia, pozwalają na uprawdopodobnienie powyższej
tezy. Dodatkowo znajduje to także poparcie, w tym iż jak już wspomnieliśmy wielu z
uciekinierów wybierało pracę w lasach, z dala od siedzib miejscowej ludności. Być
może też jakiś wpływ na rozwój osadnictwa miała carska ustawa uwłaszczeniowa dla
chłopów z roku 1864. Choć ta byłaby tu mniej zasadna, gdyż w przypadku naszych
przodków oni się za chłopów nie uważali, ponieważ w większości czuli się
członkami braci szlacheckiej, a tylko może trochę biedniejszymi, a w wielu wypadkach
może też chwilowo ukrywającymi się przed władzą. Domniemania powyższe nie mają
poparcia w żadnym dokumencie, ani nawet w bezpośrednio jednoznacznym przekazie ustnym.
Mogło to mieć jedynie racjonalne uzasadnienie w wyżej przedstawionych skojarzeniach z
różnymi faktami historycznymi. Jedynie wśród części rodziny Urbanowiczów powtarzana
jest historia lub legenda, iż nasi przodkowie wywodzą się z Litwy, z tym że tej
szeroko pojętej, z jej byłym dużym zasięgiem historycznym. Jest w tym trochę prawdy
bo na Litwie i to w różnych jej powiatach występowali Urbanowiczowie. Niebagatelnym
czynnikiem dla przetrwania i rozwoju, w każdym przypadku był upór i swego rodzaju
przebiegłość poszczególnych przedstawicieli pionierów osadnictwa. Z brzmienia nazwisk
osadników po stronie Polaków i stosowana przez nich tradycja nadawania dzieciom
niepospolitych imion (np.: Adolf, Zefiryn, Symforian czy Leonard lub Leonarda, Gracjan i
wiele podobnych), dowodzi, że są to ludzie o pewnym zasobie wiedzy i zakorzenionych
tradycjach szlacheckich, z "dziada pradziada", z tym, że trzeba tu zaznaczyć,
iż wiele zależało w każdym przypadku, od indywidualności poszczególnych członków
tej społeczności i ich stosunku do tradycji. Ludziom tym nieobce były dobre maniery,
choć z czasem szorstkie i twarde, pionierskie warunki życia odbiły się na poczuciu ich
jedności ze stanem szlacheckim i ich stosunku do otoczenia. Niemniej zachowywano tradycje
i obyczaje wywodzące się ze stanu szlacheckiego. Była to więc drobna, zubożała, ale
szlachta. Wśród nich byli tacy, którzy szukali potwierdzenia swego szlachectwa u dworu
cesarskiego w Petersburgu i w wielu przypadkach z pomyślnym skutkiem.
Hrabiowie Małyńscy należeli do grupy tak zwanych
"dobry panów", gdyż widać dobrze płacili za usługi i zasługi, co
pozwoliło na zakup znacznych połaci gruntów na terenie przyszłej Kolonii Zalesie. Z
biegiem lat początkowo prawie bezludne obszary porośnięte lasami i borami stawały się
coraz bardziej ludne i coraz lepiej zagospodarowane i zurbanizowane rozproszoną wiejską
zabudową, a przy tym intensywnie były one wykorzystywane do celów upraw rolnych lub
celów hodowlanych. Do pionierów osadnictwa na Zalesiu należeli przedstawiciele rodów:
| - |
Cybulskich, zapewne był to Marek Cybulski (ur. w
1838 lub wcześniej), albo jego nieznany przodek, |
| - |
Urbanowiczów a wśród nich był to Kazimierz
Urbanowicz i jego nieznani z imienia bracia, lub synowie, od których pochodzą
Urbanowiczowie z Lipnik i innych okolicznych miejscowości, |
| - |
nieznani z imienia przedstawiciele rodów
Lisieckich i Lewickich. |
Pewną rolę w powstaniu Zalesia odegrał mój
pradziad Franciszek Urbanowicz (ur.1846 zm.1884), żonaty z Urszulą z domu Łoś. Jedno
jest pewne, że wielu z tych przyszłych pierwszych mieszkańców Zalesia było
pracownikami olbrzymich połaci lasów Małyńskich. Lasy te wymagały, dla prawidłowej i
efektywnej nimi gospodarki, olbrzymiej armii pracowników i to zarówno w bezpośredniej
produkcji, jak i w nadzorze i dozorze. Stąd była potrzebna olbrzymia ilość gajowych,
leśniczych, nadleśniczych i tak zwanych objazdowych, do których należał dozór i
nadzór nad poszczególnymi wydzielonymi obszarami lasów. Według pobieżnego szacunku,
ilość tych pracowników szła w tysiące osób. Z kolei wynagradzanie tej grupy
pracowników wymagało olbrzymich nakładów finansowych, więc właściciele szukali
różnych sposobów wynagradzania, a to w naturze lub w równowartości areałów
ziemskich. Przyczyną takiego stanu był fakt, iż pożytki z gospodarki lasam,i osiągane
były w dużym horyzoncie czasowym, a należności należało płacić na bieżąco.
Rozwiązaniem było dawanie oficjalistom leśnym w użytkowanie gajówek, leśniczówek z
odpowiednimi kawałkami gruntu do uprawy dla bieżącego utrzymania pracowników. Zasługi
Urbanowiczów i Cybulskich u Małyńskich musiały być duże, bo otrzymali w zamian
znaczne obszary użytków rolnych na terenie przyszłej Kolonii Zalesie. Grunty te były
położone przy jednym z najważniejszych w okolicy traktów drogowych i co też nie było
bez znaczenia należały do najżyźniejszych ziem w okolicy. Nie rozstrzygniemy już
dziś, jakie były szczegóły tej transakcji kupna sprzedaży gruntów przez
założycieli tej naszej kolonii, być może są gdzieś w jakichś archiwach dokumenty w
tej sprawie. Archiwum Akt Dawnych w Warszawie twierdzi, iż w zasobach ich akt, niestety
takie dokumenty nie występują. Może należy tego rodzaju dokumentów poszukiwać w
Archiwach w Łucku lub w Równem.
Do najbardziej dramatycznych są losy Stanisława
Rudnickiego, który nie był leśnikiem, ale chyba ekonomem u właściciela tego majątku.
Był to pewnie któryś kolejny właściciel majątku w Jabłonnem. W wyniku jakiegoś
ustnego chyba porozumienia miedzy owym Rudnickim, a owym właścicielem majątku,
otrzymał on w użytkowanie szmat ziemi w Zalesiu, piękną bryczkę i kilka koni. Ów
Rudnicki był przeświadczony, iż wspomniane porozumienie upoważnia go do pełnego
władania tymi dobrami. W międzyczasie nastąpiła zmiana właścicieli w Jabłonnem i
przeszło to w ręce hrabiego Małyńskiego, a on miał inne zdanie w tej materii, to
znaczy uprawnień Rudnickiego do jego majątku. W efekcie doszło do długotrwałego
procesu sądowego, który chyba Rudnicki przegrał, a koszty sądowe zjadły cały jego
majątek. Tu się rodzi mały dylemat, czy ów Rudnicki proces wygrał, czy przegrał i od
kogo ostatecznie kupił swe gospodarstwo Jan Borowiec.
Zalesie, jako całość powstawało, jak wyżej
wspomnieliśmy, w długim okresie czasu. Pierwsze domy, to były domy wzniesione przez
Franciszka Urbanowicza i Marka Cybulskiego oraz przodków Lisieckich i Lewickich.
Topografia własności pierwszych mieszkańców Kolonii stanowiła dość obszerny klin
pomiędzy druchowską drogą a traktem. Najbliżej Hołubna i jego pól położone były
grunty Cybulskich, a dalej w kierunku Berezna były grunty Lisieckich, następnie
Urbanowiczów, a najbliżej Berezna grunty Lewickich. Czy na początku grunty
Urbanowiczów dotykały traktu jak pozostałych sąsiadów, czy od razu leżały po obu
stronach drogi, tego dziś nie wiadomo. Możliwe też jest, iż w trakcie drugiego
zasiedlenia na Zalesiu, mogli oni dokupić ziemie za traktem po stronie północno
zachodniej. W drugiej kolejności osiedlenia, ale chyba niewiele później, niż jego
początki, przybyli na Zalesie Adaszyńscy, Sewrukowie i Rudniccy. Rudniccy jednak, jak
już wspomnieliśmy, sprzedali swe działki Borowcowi. Grunty tych nowych właścicieli
leżały po lewej stronie traktu, jadąc z Hołubna, zaś od południa pomiędzy drogą do
Sarkówki, a polami należącymi do Urbanowiczów, które leżały na północ ale po tej
samej stronie drogi. W oparciu o to można jednoznacznie stwierdzić, że Cybulscy nie
mieli gruntów po lewej (zachodnio północnej) stronie drogi. Co do usytuowania gruntów
Lewickich i Lisieckich, to niestety brak o tym precyzyjnych wiadomości. Można chyba
stwierdzić, że przypadek moich przodków był jedyny w zakresie usytuowania działek po
obu stronach traktu, choć dotyczy to tylko działek Wiktora i Michała Urbanowiczów. Czy
grunty po lewej stronie traktu należały do Małyńskich w całej rozciągłości traktu
na Zalesiu, czy tylko w części tego obrębu gruntowego, dokładnie tego nie wiadomo.
Możliwa jest i taka wersja, że w czasie parcelacji majątku Hołubne, na jego części
powstała Sarkówka i ta część Zalesia za traktem do działek Urbanowiczów.
Na północ od Lewickich nastąpiła kolejna fala
osiedleńcza na Zalesiu, a miało to miejsce w około trzydzieści lub więcej lat po
pierwszej, czyli około 1900 roku. Wtedy przywędrowali na Zalesie Żarczyńscy,
Sokołowscy, Leniewicze i Sawiccy, także Zielenkiewicze i inni. Ten okres osiedleńczy
zbiega się z powstaniem wsi Lipniki, ale był od niego niezależny, gdyż grunty Lipnik
nie należały do Małyńskich. Stosunki własnościowe w tym obszarze naszej gminy były
dość skomplikowane, gdyż bardzo często zmieniali się właściciele dworów i
folwarków okolicznych, a zależało to od aktualnych potrzeb ekonomicznych, tych
chwilowych właścicieli posiadłości, podejmowane były decyzje o sprzedaży lub
podziale majątków. Jeśli zmiany wynikały z podziałów majątków na skutek posagów
wnoszonych we wianie przez nowe małżonki lub z tytułu działów spadkowych, było to
zjawiskiem naturalnym, z tym iż na ogół pozostawały w obrębie tej samej rodziny.
Sprzedaże jednak powodowały zmianę właścicieli. Pewnego rodzaju formą zmiany
własności były konfiskaty, zarządzane przez władze carskie po powstaniach narodowych
i wtedy nowymi właścicielami stawali się ludzie spolegliwi wobec władzy, a byli to
najczęściej Rosjanie.
W 1943 roku na Zalesiu mieszkało w osobnych domach
sześć rodzin przedstawicieli rodu Urbanowiczów. Byli to Michał, Wiktor, rodzina
Floriana, Stefan, Franciszek syn Wiktora oraz Marcin syn Michała. W Zalesiu mieszkała
jeszcze Agata Urbanowicz, która była żoną Adama Boczkowskiego a córką Franciszka
seniora, oraz siostrą pozostałych starszych wymienionych tu Urbanowiczów. Rodową
siedzibą Urbanowiczów był dom wybudowany przez Franciszka seniora, w którym później
mieszkał Florian i jego rodzina, a przez wiele lat babcia Urszula. Dom był dość
przestronny, czteroizbowy. Pozwalał na to, by nawet przez jakiś czas mieściła się w
nim szkoła. To dowodzi, iż Franciszek był mimo młodego wieku dość zamożnym
człowiekiem, a po za tym dowodzi, też że jego potrzeby w tym zakresie były wyższego
rzędu. Tego typu obiekty przypominały małe dworki. Domy na Zalesiu były różne, w
zależności od możliwości finansowych budowniczego i ich umiejętności. Nikt już
dzisiaj nie wyjaśni dlaczego Kornelia Urbanowiczowa zmusiła swego męża Wiktora do
budowania ich domu aż dwa razy, choć wieść przekazuje nie był on skory do aktywności
gospodarczej.
Wyposażenie tych domów było bardzo różne.
Wszystkie na ogół posiadały kominy i piece o dość skomplikowanym systemie budowy, bo
oprócz systemu ogrzewania pomieszczeń, służył one także do pieczenia chleba i do
spania w okresie zimy, a także jako kuchnia dla przygotowania posiłków. Domy w
większości przypadków posiadały sufity, które były solidnej konstrukcji, gdyż
służyły też do przechowywania zbóż na strychach. Podłogi drewniane występowały u
bogatszych inwestorów, a biedniejsi zaspakajali się podłogą glinianą, w święta
posypywaną żółtym piaskiem. Chaty były dość ubogie w sprzęty, poza łóżkami i
szafami występowały ławy, które też służyły do spania. Do obowiązkowego
wyposażenia należały święte obrazy, a później także portrety ślubne. W domach
tych mieszkali przedstawiciele różnych pokoleń całej rodziny, przy czym proszę
zwrócić uwagę, iż rodziny były bardzo wielodzietne. W większości domów było to
miejsce gdzie odbywało się całe życie rodziny, od porodów, aż po zgony. Kolebki i
trumny też były robione własnoręcznie przez zdolniejszych przedstawicieli rodu.
Podobnie tyczy się to i sprzętów gospodarczych typu wiadra, beczki, dzieże, czy skopki
lub masielnice, ale też drewnianych pługów, bron, czy wideł lub grabi. Jedynie do
gotowania używano sprzętu metalowego. Do przechowywania produktów służyły garnki
gliniane oraz beczki drewniane. Garnki gliniane służyły też za wazony do kwiatów.
Przy pomocy tych wypalanych grzano potrawy w piecach.
Charakter zabudowy sąsiadujących z Zalesiem wsi
takich jak Gołubne czy Bialka, świadczy o tym, że są one pozostałością dawnych
folwarków lub wsi pańszczyźnianych, a w oparciu o to można stwierdzić, że są one
starsze niż nasza Kolonia Zalesie. Oceniając stworzone przez pierwszych osadników
warunki życia, można sądzić, iż musiały być one dość atrakcyjne, gdyż znajdowali
się następcy tych pionierów, którzy decydowali się spędzać dalsze swe życie, czy
to w samym Zalesiu, czy to w jego okolicy. Przykładem niech tu będzie ród
Żarczyńskich, który swe korzenie zapuszczał w różnych miejscowościach w okolicy
Zalesia i w różnym czasie, a bogato był reprezentowany w samym Zalesiu. Przyczyną
sprawczą był zapewne fakt, iż ziemia była dobrem stosunkowo łatwo dostępnym, co
pozwalało tym, dla których brakło działów na ojcowiznach, aby szukali sobie nowego
miejsca pobytu i do rozwoju. Stosunkowo łatwa dostępność powierzchni uprawnych przy
postępie agrotechnicznym upraw, pozwalał sięgać po coraz nowe tereny do kolonizowania.
Stąd też pochodzenie nazwy "kolonia". Ciekawostką jest fakt, iż w całej
swej historii, Zalesie należało do tych osad, gdzie nie występowali bezpośrednio
przedstawiciele rodu Bagińskich, a jedynie ród ten był reprezentowany tylko przez kilka
osób płci żeńskiej, które były żonami Cybulskich i Urbanowiczów. Mój osobisty
przypadek (Leonarda Urbanowicza) polega na tym, iż moje dwie Babcie były z domu
Bagińskie, ale nie były dla siebie bliską rodziną.
Przybliżając czas powstania naszej kolonii, można
przyjąć, że mogło to mieć miejsce w latach 1860-1870. Potwierdzają tę tezę daty
urodzin przodków w rodzinie Cybulskich i Urbanowiczów. W ramach pierwszego okresu
osadnictwa osiedlili się w Zalesiu Adaszyńscy, Sewrukowie i Rudniccy. Drugi okres
intensywniejszego osadnictwa w Zalesiu miał miejsce w około trzydzieści lat po
pierwszym, z tym że nowi osadnicy zajęli grunty położone w północnej części
Kolonii. Stosunki między nowymi i starymi osadnikami układały się różnie, ale chyba
bez specjalnej wylewności, czy zażyłości. Dopiero lata późniejsze spowodowały
powolne przełamywanie lodów. Nowi osadnicy wchodzili w koligacje rodzinne między sobą;
Sawiccy z Żarczyńskimi czy odwrotnie. Dopiero małżeństwo Mieczysława Cybulskiego z
Wicentyną Wysocką powiązało w koligacje rodzinne starych i nowych osadników, choć
Wincentyna nie była zalesianką z urodzenia, ale była bliską krewną jednego z klanów
Żarczyńskich. Trzeba tu zaznaczyć, że rody Żarczyńskich były w tak odległej linii
pokrewieństwa, że zdarzały się przypadki małżeństwa pomiędzy ich
przedstawicielami. W drugim okresie Zalesie zasiedliły dwa rody Żarczyńskich, Sawiccy,
Sokołowscy, Leniewicze, Boczkowscy, Krajewscy i w końcu Puszkinowie. Zdarzali się
mieszkańcy o narodowości żydowskiej i według mego Ojca Adolfa Urbanowicza, rodzina
narodowości rosyjskiej, a na obrzeżach zachodnich Kolonii osiadła rodzina ukraińska
Majtruków, której część mieszkała w sąsiedniej Sarkówce i Jancewiczów oraz
Filipana. Nie wyjaśniona jest sprawa osiedlenia rodziny Chodorowskich, którzy byli
sąsiadami lub nawet krewnymi rodziny Sewruków. Sprawa jest chyba o wiele bardziej
skomplikowana, bo prawdopodobnie rodzina Chodorowskich była mocno spokrewniona z
Sewrukami i przez wielu ich przedstawicieli nazywana była bratem lub siostrą. Tyczy to
Stanisława Chodoroskiego, czy Franciszki Bagińskiej z domu Chodorowskiej, czy też
bliżej mi nieznanej Heleny. Obecnie wiem, iż na pewno część rodziny Chodorowskich
wywodziła się z Krzeszowa.
Kolonia Sarkówka powstała na terenach należących
do folwarku Hołubne i z Zalesiem wiązało ją tylko sąsiedztwo, gdyż była to niemal w
całości wioska ukraińska. Drugi okres osadnictwa w Zalesiu wiąże się czasowo z
powstaniem Kolonii Lipniki, a jeśli nie, to napewno z powstaniem Młodzianówki.
Lipniczanie wywodzą też swe najstarsze korzenie z czasami powstania Zalesia.
Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt w dziejach Kolonii
Zalesia, odnosi się on do coraz bardziej rygorystycznego wymagania służby w wojsku
carskim, szczególnie odnosi sie to do braci mojego dziadka Wiktora. Michał Urbanowicz
odsłużył 5 z 7 lat służby na okręcie "Aurora" i to tylko dlatego, że
uległ wypadkowi i złamał nogę, Florian Urbanowicz i mój ojciec chrzestny Zygmunt
Dziekoński zaliczyli udział w wojnie japońskiej 1904-1905 i powrót na piechotę z
niej, który trwał około roku. Inni moi krewni chowali się gdzie mogli i jak mogli by
uniknąć służby w carskim wojsku.
Bardzo trudnym okresem był okres I wojny
światowej. Jakoś na szczęście nie słyszałem by ktoś z naszej Kolonii brał
bezpośredni udział w walkach, widać akurat tak się złożyło iż jedni byli za
starzy, a inni za młodzi. Okres ten jednak odcisnął swe piętno na naszej historii,
ponieważ czas już bardziej odległy, więc i cierpienia i dolegliwości tam tego czasu
zostały trochę zapomniane. Fakt, iż na naszym terenie przez jakiś czas zmieniały się
kilkakrotnie wojska okupacyjne miał swój bardzo negatywny dla ludności skutek. Ciągłe
grabieże i rekwizycje na rzecz wojsk mienia i żywności, doprowadziły do klęski głodu
i różnych chorób. Wiele osób w naszych rodzinach z tego powodu straciło życie.
Różnica między okupantami była taka, że Niemcy brali i zostawiali jakieś pieniądze
lub kwity, a bolszewicy po prostu brali i mówili, że musisz dać na chwałę światowej
socjalistycznej rewolucji.
Geograficznie, teren Zalesia leży we wschodniej
części województwa Wołyńskiego i należy do obszarów niziny wołyńskiej. Stanowił
środkowo wschodnią połać powiatu kostopolskiego, ale wcześniej należał do
środkowej części powiatu rówieńskiego. Powiat kostopolski, utworzono dopiero w 1922
roku, a niewątpliwie na rozwój Kostopola miał wpływ wybudowanie linii kolejowej z
Równego do Sarn, która omijała Berezne. Droga bita Równe, Sarny i dalej na północ to
sprawa już czasów powojennych na Ukrainie. Bardzo istotne jest, iż do momentu wzrostu
znaczenia Kostopola dominującą rolę w tym rejonie spełniało Berezne. Stanowiło ono
bardzo ważny węzeł drogowy z Podola na Polesie i z Galicji na Litwę. Gmina Berezne
należała do jednej z większych pod względem terytorialnym, gdyż sięgała do granicy
wschodniej województwa Wołyńskiego, ale tereny położone za Słuczą były słabo
zaludnione i tak jest do dziś. W roku 1936 w Bereznem powstał dom Zakonu Sióstr
Benedyktynek (Urszulanek), który egzystował do 1943 roku. Do dnia dzisiejszego zachował
się budynek, w którym mieścił się zakon, z tym że obecnie mieści się w nim dom
dziecka i klub. Zakon otrzymał od Hrabiego Małyńskiego zabytkowe budynki, które były,
powiedzmy to tak, czymś w rodzaju ich miejskiej siedziby. Należały one do najstarszych
zabytków Berezna, którego zabudowa była w większości drewniana, a tylko nieliczne
obiekty były murowane. W Bereznem skład narodowościowy wyglądał tak: 90% to byli
Żydzi, po 4% Polacy i Ukraińcy, a reszta to Rosjanie, czy Czesi i inne narodowości.
Większość sklepów i straganów należała do Żydów, oni także trudnili się handlem
obwoźnym po wsiach, a przy okazji byli czymś w rodzaju obecnego radia i telewizji razem
wziętych, czyli byli najłatwiej dostępnym źródłem informacji o świecie. Trzeba tu
wspomnieć, iż do rzadkości należało czytelnictwo gazet i książek, barierą była
słabo rozpowszechniona umiejętność czytania i pisania, gdyż powszechne było
kończenie nauki dzieci na poziomie czteroklasowej szkoły realnej, a szczególnie miało
to miejsce w początkowym okresie kolonizacji tych terenów. Chodź teraz dochodzę do
wniosku, iż ten osąd jest trochę niesprawiedliwy, bo od reguły zdarzały się
chwalebne wyjątki. Nie wiem czy w najbliższej okolicy wychodził jakikolwiek dziennik w
języku polskim. Trzeba też pamiętać, iż szkoły też w pierwszym okresie uczyły po
rosyjsku. Wielką rolę odegrały tu siłaczki, które powszechnie zaczęły tu
przyjeżdżać z Galicji. Miało to miejsce pod koniec XIX i na początku XX wieku, a
niosły na te tereny prawdziwy kaganek oświaty i to co najważniejsze, że w języku
polskim. Wiele, bardzo wiele młodych dziewczyn podjęło się tego trudu, a wśród nich
była moja ciocia Wanda Rossa z pod Dębicy a po mężu Majewska, która była
nauczycielką chyba we wsi Kudranka(?). O innych bohaterkach tego typu wspominamy przy
opisie szkoły w Zalesiu.
Nizinny charakter ukształtowania terenu, gdzie
różnica wzniesień nie przekracza kilkunastu metrów, przy braku naturalnych odpływów
wód opadowych był przyczyną tworzenie się zastoisk w miejscach lokalnych obniżeń
terenu. W konsekwencji powstawały rozległe tereny bagienne. Być może w miejscach
stwierdzonych w pierwszej połowie XX wieku bagien nazywanych "Perebih", a
oficjalnie zwanych "Zaliwskie Hało" wcześniej były oczka wodne lub jeziorka.
Rysowany przez autorów szkicu ciek Parów lub Fosa, jest według mnie dopływem strugi
Krywucha, która stanowiła wschodnią naturalną granicę Kolonii Zalesie, a która jest
lewym dopływem rzeki Słucz. Rzeczka Krywucha wypływa z bagien położonych na wschód
od wsi Gołubne i płynie w kierunku północnym, by za wsią Mokwin wpaść do Słuczy.
Ciek ten funkcjonuje obecnie i zaczyna się w stawach byłego kołchozu, a wcześniej
folwarku w Hołubnem. Jak wspominają moi współautorzy podobno w Fosie można było
łowić całkiem duże ryby, że o możliwości kąpieli nie wspomnę. Może w tym miejscu
należy wziąć pod uwagę, że oni te informacje czerpią z pamięci o swym
dzieciństwie, a przecież u dzieci i ryby są większe i trawy bardziej zielone i
wszystko jest piękniejsze niż może było naprawdę. Niech im jednak będzie, że w
Fosie żyły szczupaki metrowe, że o sumach nie wspomnę, a woda była głęboka tak, iż
gruntu złapać nie można było. Tereny w pobliżu bagien były łąkami i pastwiskami,
stanowiącymi naturalne zaplecze dla hodowli bydła. Po zasiedleniu, lasy były trzebione,
aby powstawały tereny upraw rolnych. Do roku 1943 na obszarze kolonii już nie było
wcale zwartych lasów, a jedynie lokalnie kępy drzew iglastych, a w miejscach o większej
wilgotności liściastych (olchy, brzozy). W początkach osadnictwa, lasów było sporo,
więc mieszkańcy kolonii umiejętnie je wykorzystywali, a to do podbierania miodu z
barci, czy też dla zbierania grzybów, czy jagód. Ze względu na wspomnianą wyżej
rzeźbę terenu, okolice Zalesia i Berezna były bogate w liczne uroczyska i ostępy
dawnych borów. Do największych należało uroczysko "Kisłyj Hrud", którego
pozostałości jeszcze do dziś budzą szacunek i niepokój ze względu na unoszące się
opary i dymy z płonących torfów. Niestety, dziś w tym miejscu nie ma żadnego drzewa w
najbliższej okolicy, ani nawet najlichszej brzózki, a przecież to tutaj mój pradziad
we wsi Oczerecianka był gajowym, a później objazdowym. To w tej Oczereciance mieszkały
kobiety, które same uwodziły młodych chłopców i samym tylko spojrzeniem narażały
ich na nieszczęścia, czego widomym przykładem był Walenty, syn Adama Cybulskiego,
który po tych urokach popełnił samobójstwo. Oj, miały siłę uwodzenia te
oczereciańskie kobiety, a może te uroki wynikały z niespotykanej urody tych kobiet, a
to wynikało z bliskości tajemnych wpływów z oparów "Kisłego Hrudu". Jak
było naprawdę nikt już się nigdy nie dowie, bo po wsi Oczereciance nie ma
najmniejszego śladu, a i po "Kisłym Hrodzie" też tylko resztki pozostały i
wspomnienia. Może w tych licznych uroczyskach leżała ta siła, która nam karze wracać
po latach do miejsc urodzenia, mimo świadomości, iż na miejscu nic nie spotkamy z
uroków przeszłości i malowanych wspomnieniami obrazów dawnego życia i co dziwne,
dotyczy to także ludzi, którzy się tam tylko urodzili. Przed ostatnią wojną jedynie
na północnym zachodzie Zalesia zachowało się kilka hektarów lasu sosnowego
położonych za drogą, którą zwano "traktem".
W ostatnim okresie gospodarstwa poszczególnych
właścicieli miały po kilkanaście hektarów użytków rolnych w zależności od
zamożności i uprzednio dokonanych działów rodzinnych. Obserwowano też zakupy nowych
terenów rolnych dla dorastających dzieci, aby nie uszczuplać ojcowizn i zachować je w
większej całości. Fakt ten może dowodzić zamożności gospodarzy, ale może
świadczyć też o tym, że ziemia nie była zbyt droga, a może i jedno i drugie. Moją
tezę potwierdza fakt, że mój dziadek Hipolit i jego brat Adam i inni kupili dla swych
dzieci znaczny obszar gruntu na tzw. Młodzianówce, co dało początek istnienia tej
kolonii. Mogę domniemywać, że początek powstania wsi Lipniki związany jest z
ekspansją rodu Urbanowiczów. Na poparcie tej tezy może świadczyć znaczna ilość
mieszkańców wsi o nazwisku Urbanowicz (16 osób). Niestety, mój Ojciec nie pamięta
jakie mogą być ich powiązania z naszą gałęzią rodziny, ale jest hipoteza, że
pochodzili oni od Kazimierza Urbanowicza lub jego synów, ewentualnie jego braci, którzy
razem z nim przybyli w te strony. Wszystko to jest możliwe i prawdopodobne.
W najbliższej okolicy Zalesia istniały
następujące wsie: Gołubne po ukraińsku Hołubne, Białka po ukraińsku Biłka,
Zamostyszcze, Mokwin, ostatnio nazywany po ukraińsku Pierszotrawniweje, Druchowa, po
ukraińsku Druchiw, Zurne, Jabłonna, Danczymost, Kadobyszcze, Wielka i Mała Kupla i
wiele innych, w tym wyżej wspomniane Lipniki, Młodzianówka i Sarkówka. W miarę
zaludniania się okolic, konieczne było by utrzymywać sieć dróg. Najważniejszą dla
nas była droga z Berezna poprzez Białkę, Zalesie do Gołubnego i dalej do Siedliszcz
Małych i Tuczyna. Obecnie ta droga w zasadzie kończy się w Gołubnem, gdyż dalej, tuż
za wsią usytuowano poligon wojskowy, tak więc pozostały jedynie ślady po naszej
drodze. Droga ta była szerokim traktem o nawierzchni gruntowej, jakich wiele także
obecnie spotyka się na Ukrainie, w różnych okolicach Wołynia i Podola, a niektóre z
nich bywają oznakowane znakami drogowymi. Trakt stanowił centralną oś Kolonii Zalesie.
To była jedna z główniejszych dróg w tej części Wołynia ze względu na fakt, iż
droga z Równego do Sarn przebiegała zupełnie inaczej niż obecnie. Kostopol był
miastem o mniejszym znaczeniu niż Berezne i Tuczyn. Droga z Równego do Sarn wiodła do
brodu, a później mostu na rzece Horyń w rejonie Tuczyna, gdzie spotykała się z
traktem nazwijmy go Zalesiańskim, by dotrzeć do Berezna, które było punktem
wyjściowym do Sarn na północ i Rokitna na północnym wschodzie, a także Druchowej czy
Ludwipola na południowym wschodzie. Znaczenie Kostopola wzrosło dopiero w związku z
wybudowaniem linii kolejowej z Równego do Sarn, a w dużo późniejszym okresie bitej
drogi od Aleksandrii bezpośrednio do Kostopola i dalej do Sarn z pominięciem Tuczyna i
Berezna. Obecnie trakt na odcinku Białka - Gołubne jest wybrukowany kamieniem łamanym
nieregularnym, no i zmieniono jego niweletę, aby wynieść poziom drogi ponad otaczający
go teren. Podobnie, uszlachetniono drogę przez Białkę do Mokwina i z Białki do
Zurnego. Droga z Zurnego do Berezna ma szlachetniejszą nawierzchnię. Trzeba tu
zaznaczyć, że pierwotnie trakt rozdzielał wieś Białkę na dwie części i wjazd do
Berezna był od południa, i był on usytuowany zupełnie inaczej niż ma to miejsce
obecnie. Mieszkańcy Zalesia i innych miejscowości jeszcze przed ostatnią wojną
korzystali z pierwotnego układu drogi, co powodowało, iż odległość z Zalesia do
Berezna była o parę kilometrów krótsza. Z czasem ten układ się nie zachował, choć
w samym miasteczku jest jeszcze ulica na tym pierwotnym śladzie traktu. Natomiast w
Białce już trudno znaleźć ten dawny szlak. Ważnym elementem w układzie dróg była
konieczność pokonywania naturalnych przeszkód w postaci rzek i rozległych bagien,
które występowały dość licznie na tych obszarach Wołynia. Dlatego korzystano dla
przekroczenia rzek i rzeczek przeważnie z brodów, ale dziś jest już system mostów i
przepustów. W wyniku przeprowadzonej melioracji tych terenów w okresie powojennym, bagna
zaczęły zanikać i rzeczki są mniej uciążliwe do pokonania. Przeprowadzana regulacja
stosunków wodnych na tym terenie może poprawiła warunki uprawy gruntów, ale jakże
zubożyła krajobraz naszych stron rodzinnych i pozbawiła szeregu dawnych punktów
orientacyjnych.
Sieć innych dróg wynikała z aktualnych potrzeb
mieszkańców i omijając własności poszczególnych rolników prowadziła w różnych
kierunkach i do różnych miejscowości. Nawierzchnia tych dróg była gruntowa nie
utrzymana, a ich szerokość zależała od stanu pogody i częstotliwości korzystania z
drogi, a także zapewne od zgody sąsiadów tej drogi. Z konieczności tworzono drogi
dojazdowe do zabudowań i drogi gospodarcze. Głównym środkiem komunikacji były pojazdy
konne lub wierzchowce. Z przekazów wiem, że dumą gospodarza było posiadanie
przynajmniej jednej pary koni. Myślę, że byli i tacy co mieli specjalne wozy paradne i
bryczki oraz sanie ozdobne. Dość często chodzono po prostu piechotą, bo był to
najtańszy sposób podróżowania. Po ustaniu wyniszczania ludności polskiej, tereny
wyludniły się. Pozostali na miejscu mieszkańcy pochodzenia ukraińskiego z głupoty,
czy z chęci zysku niszczyli opuszczone siedliska Polaków. Podobno był taki rozkaz
upowców. W efekcie doprowadziło to do zaniku całych wsi i kolonii w tym rejonie.
Ostateczny cios zadany został decyzją przesiedlenia całej ludności polskiego
pochodzenia na tereny Ziem Odzyskanych po II-iej Wojnie Światowej i przejęciu tych
terenów w administrację Ukraińskiej Republiki Rad. Po latach władania tymi terenami
przez Litwinów i Polaków, dostały się one w ręce podobno prawowitych właścicieli,
czyli Ukraińców. Jeszcze w 1978 roku na Zalesiu były domy Adama Cybulskiego, Marcina
Urbanowicza, Stefana Urbanowicza, Anastazji Borowiec i Andrzeja Lewickiego oraz
Majtruków, Filipana i Jancewiczów. Te ostatnie istnieją do dnia dzisiejszego, ale
leżały one na poboczach właściwej kolonii i należały do Ukraińców. Wymienione domy
były w tym czasie zasiedlone, a ich mieszkańcy pracowali w kołchozie w Hołubnem, w
polskich domach mieszkali nowi właściciele, a w ukraińskich starzy z dziada, pradziada.
Ponieważ kolektywizacja ostatecznie została zakończona w 1956 roku, można przyjąć
że przez jakiś czas w naszych domach mieszkali i gospodarzyli nowi właściciele,
którzy uprawiali naszą ziemię. Obecnie większość jej jest własnością byłego
kołchozu, a na aktualną chwilę jakiegoś dzierżawcy. Możemy jednoznacznie
powiedzieć, że po sześćdziesięciu latach od opuszczenia przez nas Zalesia wichrom
historii oparł się jedynie sadek Hipolita Cybulskiego, gdyż tylko on jeszcze daje
świadectwo naszemu tam pobytowi, choć przykre to, że bezimiennie.
Tu mogę przytoczyć ciekawostkę, iż Adam Cybulski
należał do najbardziej jurnych mieszkańców Zalesia, gdyż miał cztery żony i
szesnaścioro dzieci, choć pod względem ilości dzieci prym wiódł Wawrzyniec Lisiecki,
który dzieci miał dwadzieścioro, ale żon też kilka. Według mnie byli oni obaj
bliskimi sąsiadami. Z tym podziałem w rodzinach ukraińskich na Polaków i Ukraińców
to było tak; jak Polak zakochał się w Ukraince, to ślub był według obrządku
katolickiego i narzeczona zmieniała wyznanie, do rzadkości należały przypadki
odwrotne, to znaczy, iż narzeczony zmieniał wiarę. Tyczy się to Tomasza Urbanowicza,
który zakochał się w Hannie z Brzestowca i wbrew woli matki zmienił wiarę i ślub
był prawosławny, choć być może ten fakt uratował mu życie w późniejszym okresie
jak i po wojnie. Nawiasem dodam, iż Tomasz był jedynym znanym mi Polakiem, który po
wojnie wrócił na Ukrainę. W zakresie dziedziczenia narodowości w zasadzie decydowało
pochodzenie matki i jeśli ona była Ukrainką to dzieci mogły być Ukraińcami, choć w
polskich rodzinach takie przypadki nie występowały, dzieci Polaka na ogół były
Polakami. Tak było do czasów powojennych, bo z dzieci Marcina Urbanowicza zdecydowanie
za polskim obywatelstwem opowiedział się Jan, a Irena i Jerzy z różnych powodów
uważają się za obywateli Ukrainy, choć obecnie polskiego pochodzenia. Ich dzieci w
większości przypadków uważają, że są narodowości ukraińskiej.
Domy budowano z dostępnych na miejscu materiałów
czyli z drewna, choć w okolicy funkcjonowała kopalnia kredy i cegielnia, ale w tej
chwili nie wiadomo już, czy cegła była palona, czy suszona. Używano ją na budowę
kominów. W miejscach bardziej zalesionych egzystowały smolarnie, wytwórnie węgla
drzewnego, a także byli bartnicy (potwierdza to przypadek mojego pradziada, który
zginął spadając z wysokiej sosny, gdy wlazł na poszukiwanie miodu). Produkcje napojów
wyskokowych organizowano we własnym zakresie, a było to przede wszystkim pędzenie
spirytusu z żyta lub innych zbóż choć w okolicznych majątkach prosperowały
gorzelnie, a nawet jedna z miejscowości nosiła wdzięczne miano Gorzelnia, choć
wymiennie nazywano ją też Hipolitówką. Owe pędzenie samogonu było też w pewnym
sensie przyczyną największej na Zalesiu tragedii i morderstwa, o czym dalej w
szczegółach. Domy sytuowano na własnych działkach w miejscach przez siebie wybranych,
a obok domów budowano budynki gospodarcze, urządzano sady, warzywniki, ale były też
ogrody kwiatowe. Większość zagród była ogrodzona. W chwili obecnej na terenie byłej
Kolonii Zalesie nie ma niestety prawie żadnych domów. Teren został zmeliorowany i w
całości jest wykorzystywany rolniczo. Na niewielkim fragmencie występują nowe
zalesienia, ale nie są one duże, tak więc tylko wyżej wspomniana droga przypomina o
tym gdzie było NASZE ZALESIE. Nie ma też żadnych śladów po Lipnikach i po
Młodzianówce. Egzystują do obecnych czasów wsie Gołubne, Białka, Zurne, Druchowa i
Mokwin.
- - -
Mój Ojciec twierdzi, że w czasie wizyty w 1978
roku spotkał się z jego kolegą Tymoszą Majtrukiem, który mieszkał między
Młodzianówką a Zalesiem (za naszymi łąkami) i którego należy wychwalać po
wszystkich kościołach i cerkwiach naszego świata. Bo gdyby ratował Żydów to
sadziłby drzewko w Jerozolimie i otrzymałby medal "Sprawiedliwy wśród narodów
świata", ale on starał się ratować nas Polaków, a nikt nie wpadł na pomysł aby
stworzyć Polski Instytut typu "Jad Waszem" i znaleźć miejsce gdzie można
by sadzić drzewa i czcić zarówno tych co umarli bezimiennie i w nie wiadomo w jakim
celu i tych co starali się ich ratować w okresie ciężkiej dla nich próby. Jakże
bohaterskie były to czyny niech świadczy fakt, że znane były przypadki, że oprawcy
kazali żonie zabić męża Polaka, a jeśli nie chciała, to zabijano ją razem z nim. Bywało
też tak, że sąsiad był zmuszany do zabicia sąsiada, obok którego żył przez całe
lata i z którym razem się cieszyli radościami i smucili tym co złe i okrutne. Raptem,
jacyś wandale, hieny w ludzkim ciele, jacyś obłąkańcy, postanowili dokonać rzezi i
to nie bydła, ale ludzi i to w takim rozmiarze, że żadna władza nie była w stanie nad
tym ludobójstwem zapanować. Polacy szczególnie w 1943 roku zostali sami naprzeciw
rozszalałego żywiołu zbrodni nad zbrodniami. Najgorsze jest to że nikt, dosłownie nikt
nie został za nią ukarany, a nas nikt za to nie przeprosił i nie upomniał się o
tysiące bestialsko pomordowanych ofiar.
Według spisu ludności z 1921 roku Zalesie liczyło
35 zagród, w których mieszkało 220 mieszkańców z czego 140 deklarowało narodowość
polską reszta to Ukraińcy i dwie rodziny żydowskie. Mój Ojciec twierdził, że na
Zalesiu mieszkały co najmniej dwie rodziny rosyjskie. W codziennym życiu do okresu wojny
z 1939 roku nie obserwowano żadnej wrogości między poszczególnymi nacjami, starano
się żyć w miarę zgodnie i bez wzajemnych animozji. Dowodem na to jest fakt, że wiele
Ukrainek było żonami Polaków, były rodziny gdzie jeden rodzony brat uważał się za
Polaka, a drugi za Ukraińca, ale do 1939 roku nie było to czymś co wzbudzało jakieś
emocje u mieszkańców tych terenów. Z chwilą agresji ZSRR na Polskę do głosu doszedł
żywioł nacjonalistów ukraińskich i oni objęli, a przynajmniej usiłowali to zrobić,
władzę w naszych rodzinnych stronach. O wcześniejszych stosunkach polsko-ukraińskich
niech świadczy fakt, że wójtami w Bereznie bywali na zmianę Polacy i Ukraińcy, a
mianowicie: Kosowski z Kodobyszcz -Polak, Włodarczuk z Berezna -Ukrainiec, Bielawski z
Lipnik -Polak, Rówieniec z Berezna -Ukrainiec, Zborowski z Ostrza -Polak -od 1920 do 1939
roku.
Wspomniana agresja i jej następstwa okazały się
tragiczne w skutkach zarówno dla żywiołu polskiego, a także później i dla naszych
pogromców. Po 17 września 1939 r. nastąpił ponownie krótki okres panowania Rosjan na
tych terenach i część Ukraińców poczuła, że nadszedł czas tworzenia nowej Ukrainy.
Jak pokazał czas, Rosjanie nie za bardzo zamierzali akceptować tworzenie Ukrainy według
pomysłów i reguł nacjonalistycznych, a wręcz przeciwnie robili to według dobrze
sprawdzonych na wschodniej Ukrainie metod i reguł. Nowo pozyskani Obywatele, zostali
Obywatelami wielkiego ZSRR. Dostąpili zaszczytu wybierania "swoich"
przedstawicieli do rad wszystkich szczebli. Ci którzy wzbudzali wątpliwości u nowo
wybranych władz dostąpili specjalnego "zaszczytu", na dobrowolnie przymusową
ekskursję na tereny gdzie zdaniem nowych władz będzie się im lepiej pracowało dla
dobra nowej ojczyzny i gdzie zostaną na nowo wychowani. Z terenów Zalesia pierwszymi,
którym dano możliwość skorzystania z tego wyjazdu, była cała rodzina Adama
Boczkowskiego, a miało to miejsce w styczniu 1940 r., a kierunek wyjazdu Syberia. Prawdą
jest, że do władz weszła pewna grupa Ukraińców, z tym, że nie był to jeszcze
początek dramatu, przynajmniej na terenach Wołynia. Tworzono ukraińską policję,
ukraińskie władze administracyjne, ale pod ścisłym nadzorem rosyjskim. Policja
najpierw była zajęta wyszukiwaniem tak zwanych wrogów ludu i przygotowaniem ich do
wyjazdu na Syberię, ale tryzub nie był symbolem tego kraju. Nie znana jest dokładnie
liczba tych co zostali wywiezieni na Syberię, ale znamy ich losy. Jedynym znanym z
nazwiska Ukraińcem biorącym udział w nowej władzy był niejaki Filipan, który w tym
czasie był sędzią w Bereznem, i zdaniem wielu nacjonalistów mocno ich krzywdził,
swymi wyrokami. Nie bez znaczenia był też fakt, iż wielu mieszkańców narodowości
żydowskiej poczuło swoje pięć minut i oni to głównie stanowili oparcie dla nowej
władzy radzieckiej.
Innym faktem o kardynalnym znaczeniu była agresja
Niemiec na ZSRR w dniu 22 czerwca 1941 r. Stosunek władz okupacyjnych do Ukraińców dał
im szerszą możliwość utworzenia "samostijnej Ukrainy"
przynajmniej w mniemaniu nacjonalistycznych organizacji ukraińskich. Niemcy prowadzili
różne gry wobec Ukraińców i różnie się wobec nich zachowywali, z tym, że w
początkowym okresie nie miało to większego znaczenia dla społeczności Zalesia.
Policja ukraińska zajęła się teraz wyszukiwaniem i zabijaniem Żydów, a trzeba
przyznać, że pracy mieli sporo, bo w miasteczkach wołyńskich Żydzi stanowili
większość mieszkańców. Byli gorliwymi wykonawcami niemieckich poleceń i starali się
to robić dokładnie. Zdarzały przypadki ratowania Żydów zarówno przez Polaków jak i
Ukraińców, choć te ostatnie rzadziej. Inna sprawa to udział policjantów ukraińskich
w typowaniu Polaków do wywozu na roboty do Rzeszy i ich praktycznej realizacji, a to
głównie Polacy byli kandydatami do przymusowej wywózki na roboty. Do praktycznie
niespotykanych były przypadki wywózki Ukraińców na te roboty. Prawdą jest, że po
nasileniu się aktów ludobójstwa w stosunków do Polaków, wielu z nich decydowało się
na dobrowolny wyjazd na roboty, gdyż była to jedna z form ratunku przed śmiercią.
Wracając do wspomnianego wyżej Filipana, jego współplemieńcy spotkali go któregoś
dnia na drodze do Sarkówki, czego ojciec mój był niewidzialnym świadkiem, któryś z
nich rozpoznał w nich owego sędziego z Berezna, decyzja była jedna i błyskawiczna,
został on zamordowany i ciało jego zbezczeszczono, a później zostało
zawieszone na
najbliższym drzewie. Jak więc widać przynależność do narodu ukraińskiego wcale nie
chroniła przed ludobójstwem. Oczywiście nikt i nigdy nie szukał sprawców tej zbrodni.
Pierwsza polska tragedia w naszym rejonie zdarzyła
się w dniu 04 01 1942 r., kiedy to formalnie rzecz biorąc nieznani sprawcy dokonali
mordu na rodzinie Felicjana Żarczyńskiego i ich sąsiadce Ulanie Lisieckiej. Z tym, że
był to mord, po którym władze usiłowały prowadzić śledztwo policyjne i usiłowały
co prawda bezskutecznie ustalić sprawców, a ci uzyskali opiekunów wśród partyzantów
ukraińskich z bliżej nieokreślonej organizacji. Śledztwo oficjalnie nie dało
żądnych rezultatów z powodu nie wykrycia sprawców. Chyba nikt poza rodziną ofiary nie
był zainteresowany w wyjaśnieniu tego morderstwa.
Prawdziwa eskalacja grabieży i mordów nastąpiła
później to znaczy w końcu roku 1942 i pierwszej połowie 1943 roku. Na samym Zalesiu
zabito tylko 11 osób w tym 9 Polaków, 1 Ukrainkę, 1 Żydówkę, ale ilość grabieży
nocnych napadów była niezliczona, a przy tym należy zaznaczyć, że nigdy nie było
wiadomo, czy napad nie skończy się rzezią ludności polskiej. Napady i morderstwa były
przygotowane, a niewidzialna ręka malowała krzyże katolickie na drzwiach i domach
Polaków. Organizatorzy pilnowali, aby w tych działaniach brali udział wszyscy Ukraińcy
z danej miejscowości i to oni byli zmuszani do zabójstw i grabieży. Członkowie
organizacji mieli nadzór nad przebiegiem wydarzeń i tylko z rzadka brali czynny udział
w zabójstwach. Odmowa ze strony Ukraińca równała się wyrokowi śmierci na niego,
które wykonywane były natychmiast. To co napisałem wyżej służy za alibi dla
dzisiejszych apologetów i wszelkiej maści usprawiedliwień dokonywanych morderstw. Jak z
tego widać terror dotyczył wszystkich mieszkańców tych ziem, z tym, że główny
kierunek był skierowany na Polaków. Mordercy ukraińscy nie wahali się zabijać Rosjan
przebywających czasowo lub mieszkających na Wołyniu o czym świadczy przypadek z
rodziny Agapiejewa, w której "bulbowcy" zamordowali Rosjankę. Zdarzały się
przypadki odwrotne, że Rosjanie brali udział w morderstwach, o czym może świadczyć
przypadek traktorzysty Griszy z Mokwina, który był dezerterem z rosyjskiej armii
najpierw się ukrywał, a potem ożenił się z Ukrainką, by w końcu zostać mordercą
Polaków. Najwyższego rozmiaru strach i lęk o życie swoje i najbliższych i o stan
mienia był paraliżujący i był tak ogromny, taki, że jeszcze przez piętnaście, a
nawet dwadzieścia lat po tych wydarzeniach oddziaływał na ofiary zbrodni. Ja byłem
malutkim dzieckiem w czasie tych tragicznych wydarzeń, ale poznałem dość dokładnie te
okropności z rozmów tych co ocaleli. Mój Ojciec przez wiele lat śnił sny, w których
przeżywał, to co widział i co doznał na Wołyniu. Odważył się po raz pierwszy na
podróż na Wołyń po 35 latach, ale przed wyjazdem spisał testament. Być może
wspomniana wyżej postawa kierownictwa organizacji nacjonalistycznych pozwala im obecnie
na uniknięcie odpowiedzialności za mordy i akty ludobójstwa, bo przecież żadna z tych
osób w ludobójstwie nie brała udziału bezpośredniego, a tylko inspirowali i
nadzorowali przebieg działań w tym zakresie. Dlatego też w tej chwili w miastach
Ukrainy są ulice Stepana Bendery i innych działaczy OUN.
Ludność pochodzenia polskiego nie dawała się
tylko zabijać boć to potomkowie pionierskich osadników, którzy musieli sobie radzić w
trudnych życiowych sprawach i aby dać odpór fali przemocy usiłowali organizować
oddziały samoobrony złożone z mieszkańców danej dużej miejscowości lub kilku
okolicznych mniejszych. Taka samoobrona powstała i w Zalesiu pod koniec 1942 roku.
Komendantem został Marian Sawicki, a drużynowymi Adolf Urbanowicz. Mieczysław Cybulski,
Józef Żarczyński -syn Adama i Stanisław Puszkin, a oddział liczył 30 mężczyzn i
młodych chłopców. Oddział nie miał wielkiego znaczenia, gdyż był słabo uzbrojony i
słabo zabezpieczony w amunicje, a swą działalność ograniczał do pełnienia wart i
patrolowania okolicy. Na uzbrojenie składało kilka karabinów różnych typów, kilka
pistoletów, oraz kilkanaście granatów typu RG zwanych "gruszkami". Broń ta
pozostała w spadku po szybko wycofujących się wojskach sowieckich, a którą
zapobiegliwi mieszkańcy Zalesia zachowali na lepsze czasy. Rozproszone i rozciągnięte
na znacznej odległości gospodarstwa, i na domiar złego poprzetykane domami Ukraińców,
nie dawały żadnych szans na obronę ludności i choć na noce starano się skupiać w
większych domach, nie dawało to gwarancji bezpieczeństwa. Pod koniec 1942 roku
planowano przenieść ludność do pobliskich Lipnik, które miały bardziej zwartą
zabudowę, lecz wiosenny napad ludobójczy na tą wieś zniweczył te plany. Samoobrona
się rozwiązała, a ludzie zaczęli szukać ratunku w porzucaniu dobytku i majątku i
ucieczce początkowo do Berezna, a później do większego Kostopola. Gehenna ludności
polskiej na Wołyniu rozpoczęta w latach 1942-1943 miała swe konsekwencje przez całe
lata w naciskach na psychikę zmaltretowanych strachem i trwogą o życie swoje i swoich
bliskich i w narażeniu na głód i poniewierkę w latach wojny, a i niełatwy start w
życie w nowych miejscach bytowania. Pewna grupa mieszkańców Zalesia wolała dobrowolną
wywózkę na roboty do Niemiec niż bardzo prawdopodobną śmierć na miejscu. Choć wielu
wcześniej przed tymi wywózkami uciekało ukrywając w różnych miejscach i u różnych
ludzi. Znaczna część Zalesian przeszła swą kalwaryjską drogę przez Berezne,
później Kostopol, aż po ekspatriację do Polski pod koniec 1944 roku lub na początku
1945. Przeniesienie do Berezna nie oznaczało końca kłopotów, a wręcz przeciwnie
rozzuchwaleni powodzeniem ukraińscy siepacze atakowali Berezne kilkakrotnie i z
olbrzymią zaciekłością. Ataki te zmusiły Niemców do ograniczonego uzbrojenia
części Polaków w niewiele wartą broń dla odparcia następnych napaści ukraińskich,
lecz nie zdało się to na wiele, a wręcz przeciwnie zaostrzyło ich agresję i umocniły
ich zajadłość w niszczeniu "Lachiw". Trzeba przyznać, że siły
Niemców były niewielkie. W Zurnem był pluton dla ochrony majątku, a w Bereznem
kompania 202 batalionu szturmowego złożonego głównie z Niemców polskiego pochodzenia
zamieszkujących Śląsk i inne rejony Rzeszy. Tu trzeba zaznaczyć, że oddziały
niemieckie były atakowane przez silne na tym terenie oddziały partyzantki rosyjskiej,
ale bardzo sporadycznie przez odziały polskiej partyzantki, która była w rejonie
Berezna bardzo słaba liczebnie i organizacyjnie. Ukraińcy podszywali się pod
partyzantów radzieckich i na ich rachunek dokonywali napadów na wsie i miasteczka
wołyńskie. Pod koniec 1943 roku większość rodzin z Zalesia przemieściło się na
własną rękę do Kostopola, gdzie też byliśmy ofiarami licznych napadów upowskich
partyzantów. Tu trzeba dać świadectwo, że nie wszyscy Ukraińcy poddawali się
upowskiemu terrorowi do nich należeli ci, których synowie, lub inni członkowie rodziny
służyli w zorganizowanych oficjalnych formacjach ukraińskich przy armii niemieckiej,
oni mogli nie podporządkowywać się rozkazom miejscowych prowindyków i mogli zdobywać
się na niezależność w postaci udzielania schronienia prześladowanym Polakom,
doświadczył tego mój Ojciec podczas jednej ze straceńczych wypraw do Zalesia, po
opuszczeniu go przez Polaków. Kres temu bezprawiu położyło ponowne wejście wojsk
sowieckich w styczniu 1944 roku, choć ten fakt nie wiele zmienił w ciężkim położeniu
Polaków bo nadal cierpieliśmy głód, a wracać nie było gdzie, a był przy tym też
paniczny strach. Wielu młodych i starszych mężczyzn zostało wcielonych do I Armii
Wojska Polskiego i walczyło na różnych frontach i wielu zginęło na polu chwały (o
przykładach z Zalesia będzie mowa później). Niektórzy schronili się w majątku Zurne
i tam przetrwali do wejścia Rosjan. Niemniej "bohaterowie" nie dawnych czasów
nie dawali jeszcze za wygraną, i usiłowali gdzie, niegdzie organizować coś na kształt
oporu, ale szybko wycofali się za Bug, czy San, by tam podjąć dalsze próby walki i
czekać na trzecią wojnę światową. Ci co dziś próbują porównywać tak zwaną
akcję "Wisła" do ludobójstwa obrażają pamięć dziesiątków tysięcy
niewinnych ofiar z prawdziwego ludobójstwa i kto tego nie rozumie nie ma prawa zabierać
głosu w tych sprawach, a przynajmniej wypowiadać się oficjalnie w imieniu całego
Narodu Polskiego. Tu należy nadmienić, że wielu niedawnych prześladowców Polaków,
raptem zmieniło się w Obywateli Rzeczypospolitej i korzystało z dobrodziejstw osób
repatriowanych i znaleźli się w Polsce, gdzie wielu z nich żyje do dziś jako obywatele
Polski, a jeśli nie oni sami to ich dzieci. Możliwe to było, bo nikt do dnia
dzisiejszego tym ludobójstwem od strony jego ukarania się nie zajął. Obecnie
większość zbrodniarzy już nie żyje, a ich dzieci na obecnej Ukrainie usiłują ubrać
to ludobójstwo w barwy walki o wielką i niezależną Ukrainę. My Polacy z Wołynia nic
nie mamy naprzeciw wielkiej i niezależnej Ukrainie, ale uważamy, że zbrodnia na
Polakach zawsze pozostanie zbrodnią mimo najszczytniejszych celów. Co były winne
polskie dzieci zabijane przez roztrzaskanie główki o węgieł domów, lub wbijane na
sztachety ogrodzeń, a w najlepszym przypadku zabijane siekierą? Cóż były winne
bezbronne kobiety gwałcone i zabijane w okrutny sposób, i te ciężarne, którym
rozpruwano brzuchy by zamordować jeszcze nienarodzone dzieci? Co byli winni starcy i
kalecy których zabijano z zupełnie niezrozumiałych powodów i tylko dlatego, że byli
Polakami? Często winą Polaków był fakt, iż usiłowali odzyskać choć odrobinę swego
życiowego dorobku, lub dobytku. Czyn ten był podstawą do dokonywania skandalicznych
linczów na tych przestępcach, które miałyby może miejsce w dawnych dziejach, ale w
czasach nowożytnych wydawały się nie do przyjęcia. Choć gdy się weźmie pod uwagę
zbrodnie faszystowskie, czy komunistyczne to w tym świetle wyczyny ukraińskich siepaczy
zdają się blednąć, przecież im udało się wymordować tylko kilkaset tysięcy ofiar,
a ci wymienieni wyżej ofiary liczą w miliony.
W okresie po wejściu ponownym Rosjan strach
ogarnął też wielu niedawnych uczestników mordów, bo nowe władze i NKWD nie
zamierzało się liczyć, z tym, że Ukraińcy są niby bliżsi Rosjanom, niż Polacy, ale
oni traktowali ich z równą bezwzględnością jak innych. Myślę sobie, że wiedzieli
oni, czym kierowali się nacjonaliści ukraińscy dokonując swych mordów na Polakach i
dlatego ich stosunek do Ukraińców z Wołynia był bardzo srogi i bezwzględnie
konsekwentny. Na Ukrainie w pewnym okresie zostały tylko kobiety i dzieci oraz starcy,
było to przyczyną głodu i wielu nieszczęść. Polityka zsyłek na Sybir i represji
zastosowana przez nowe władze wyciszyły ambicje nacjonalistyczne, a była nawrotem do
dobrze sprawdzonych metod stalinowskiego terroru. Represje w stosunku do Ukraińców
ciągnęły się przez dziesiątki lat powojennych i dotykały co raz to nowe roczniki.
Pierwsi poborowi z Zachodniej Ukrainy trafiali do wojska na Daleki Wschód (np. na
Sachalin i to na okres minimum 5 lat), później złagodzono kurs i młodsi poborowi
trafiali do służby na Uralu i to na okres tylko 3 lat. Trochę starsi, którzy już do
wojska nie mogli być powołani mieli możliwość sprawdzić swe umiejętności w
zawodzie górnika w Donbasie i to przez bliżej nie znany dla zainteresowanego czas. Dało
to taki skutek, że ludzie po prostu bali się siebie nawzajem, a kwitło donosicielstwo i
korupcja. Tu trzeba dodać, iż wielu dawnych i nowych bojowników o wielką Ukrainę,
zostało unicestwionych dopiero w roku 1953, a oni aby zaspokoić swe dążenia do wolnej
Ukrainy mordowali często w bestialski sposób młode komsomołki, no cóż Polaków już
pod ręką nie było. W ramach represji mieszkaniec wsi nie miał jeszcze w 1988 roku
dowodu osobistego do swej prywatnej dyspozycji i nie mógł wyjechać bez zgody
przewodniczącego "kołchozu" dalej niż do rejonowego miasteczka, a gdyby
zechciał dalej, to po prostu nie sprzedano by mu biletu na pociąg lub autobus. Może to
ślad po starej jeszcze carskiej zasadzie chłopa pańszczyźnianego, który był
przypisany do ziemi i nie miał pełnej wolności osobistej.
Dalsze losy Wołynian to bardzo uciążliwa droga w
powszechnie stosowanych wtedy warunkach, to znaczy wagon towarowy z pryczami i żywym
inwentarzem, jeśli komuś się jakiś ostał. Zalesianie do tych szczęśliwców nie
należeli i inwentarza żywego nie posiadali, a z ruchomego resztki. Mogła się zdarzyć
jakaś koza żywicielka, bądź jakiś zagubiony prosiak cudem ocalały z pogromu, tym
razem nie zbrodniczego. Stan dróg kolejowych w warunkach bezpośrednio powojennych
wydłużał w nieskończoność czas podróży, a do tego dochodził jeszcze brak
znajomości miejsca docelowego i niepewność tego co może czekać tam, tych przymusowych
podróżników. Tu także trzeba zaznaczyć, że wielu mężczyzn walczyło jeszcze na
froncie i o losach rodzin decydowały kobiety lub starcy.
Do pełniejszego obrazu dziejów Zalesia należy
wspomnieć o dziesiątkach, a w skali województwa tysiącach osób, w większości
młodych, wywiezionych przez Niemców na roboty do Rzeszy. Nie miały tu miejsca
zorganizowane łapanki znane z Generalnej Guberni, ale tutaj typowanie kandydatów na
wyjazd zajmowała się ukraińska policja, a Niemcy realizowali te działania. Wielu
młodych Zalesian znalazło się "na robotach" np.; Marceli Adaszyński,
Mikołaj Urbanowicz, Magdalena Dziarnowska i wielu innych. Rodziny Cybulskiej Anieli,
Rudnickiego Łucjana, Franciszka Urbanowicza, Antoniego Urbanowicza, Jana Burzyńskiego,
Bolesława Burzyńskiego, Wacława Żygadły i wielu innych, których wywieziono do obozu
w Trzyńcu, w Koronowie, w Berlinie i do wielu innych miejsc. Mała kilkunastoletnia
Wacława Burzyńska córka Teofila i Michaliny Burzyńskich znalazła się aż pod
szwajcarską granicą jako salowa w szpitalu. Do 1943 roku było to zmuszanie Polaków do
wyjazdu, a później zdarzały się często wypadki dobrowolnego zgłaszania się na
wyjazd do Rzeszy, gdyż umęczeni i zastraszeni ludzie nie widzieli szans na egzystencje w
rodzinnych stronach. Wielu z tych ludzi przepłaciło te pracę życiem lub utratą
zdrowia, na skutek czego przedwcześnie zmarli. Za znany mi przykład może posłużyć
los Łucjana Rudnickiego, który zmarł na skutek chorób wyniesionych z pracy w kopalni w
Gliwicach.
Jak zwykle w historiach tragicznych zdarzają się i
strony pozytywne, otóż przesiedlenie wielu Nas na tereny obecnej Polski dało szansę
wielu przedstawicielom Wołyniaków do uzupełnienia swego wykształcenia, dało szansę
ogromnego awansu społecznego i gospodarczego. Otrzymywane w zamian działki i
gospodarstwa były na pewno w zdecydowanej większości lepsze pod względem jakości
gruntów, stanu zabudowań i poziomu usprzętowienia. Młodym przedstawicielom tej
społeczności stworzono szansę na uzyskanie wykształcenia, na co mamy przykłady
wśród Zalesian, aby daleko nie szukać to moja skromna osoba, ale i wielu innych.
Myślę, że na wymienienie wszystkich to całej strony byłoby za mało, i żeby nikogo
nie pominąć ograniczę się tylko do wymienienia kilku profesji, w których zalesianie
zrobili kariery a więc są wśród nas lekarze, inżynierowie różnych specjalności,
ekonomiści, oficerowie, kilku z nas zrobiło kariery naukowe, a znaczna ilość
osiągnęła perfekcję w różnych zawodach. Wielu gospodarzyło na wsiach, niektórzy
prowadzili wzorowo swe nowe gospodarstwa, ale było też wielu tych co czekali na rychły
powrót dawnych właścicieli no i efekty mieli marne w gospodarowaniu.
Na koniec trzeba zaznaczyć, że na Zalesiu aby się
spotkać trzeba było przejść paręset metrów, a teraz dzielą nas setki kilometrów i
więzi rodzinne osłabły, ale aby jej choć trochę ożywić jest ta nasza praca grupki
zapaleńców, którym leży na sercu pamięć o tych co odeszli. Zakończę sentencją:
"Uczmy się szybko kochać bo życie nasze krótko trwa", jak pisał ksiądz
Twardowski.
Wiedzę o historii Zalesia zawdzięczamy rozmowom z
żyjącymi jeszcze jej dawnymi mieszkańcami, a także łaskawej dobrej pamięci innych
współautorów tego opracowania, oraz wielokrotnym wizytom Leonarda Urbanowicza na
rodzinnej ziemi, a przede wszystkim chęci poznania tego co obecnie jest co raz bardziej
trudne do poznania.
Leonard Urbanowicz
|