wieś

WOLA OSTROWIECKA

gromada Wola Ostrowiecka, gmina Huszcza, powiat Luboml, województwo wołyńskie
parafia Ostrówki


Opracowywane w okolicy:
Opalin, KątyJankowceLubomlZamostycze, Ostrówki, Kuśniszcze I,

A B C D E-F G H I J K L-Ł M N O P R S-Ś T U W Z-Ż


Polskie wsie Wola Ostrowiecka i Ostrówki zostały założone na terenach bezludnych w końcu XVI lub na początku XVII w. W 1921 r. - 162 zagrody (197 rodzin) i 870 mieszkańców. W 1943 r było 200 numerów. Mieszkańcami byli wyłącznie Polacy.

WYKAZ GOSPODARSTW  w około 1939 r.

1

BABIRECKI

Jan (52 lata), nauczyciel (szkoła), dzieci; Apolinary (16 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

2

GRABOWSKI

Józef „Sidun” (42 lata). Zamordowany 30.08.1943r.

GRABOWSKI

Błażej „Błażko”, „Perechody”

3

LUBCZYŃSKI

Aleksander „Sykietka”, żona Marianna, dzieci: Franciszka. Zamordowani 30.08.1943r.

4

JESIONCZAK

Franciszek (70 lat) „Chadziaj Rogów”, „Kusy” s. Karola i Katarzyny, żona Katarzyna, syn Antoni (27 lat), jego żona Bronisława (25 lat) z d. Palec, dzieci: Stanisław (8 lat), Zofia (6 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

5

KOGUCIK

Paweł „Depesza”, „Suchoręki”, żona Barbara, dzieci: Feliks. Zamordowani 30.08.1943r.

6

JESIONCZAK 

Andrzej

7

JESIONCZAK

Franciszek „Dzygotun”, żona Antonina z d. Szwalikowska, dzieci: Wojciech. Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONCZAK

Jakub „Kudan”, żona Ewa z d. Trusiuk, dzieci: Jan (16 lat), Zofia (12l at). Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONCZAK 

Wojciech

8

ULEWICZ

Jan „Siuk Pawłów”

9

JESIONCZAK

Stanisław „Mendel”

JESIONCZAK

Mikołaj „Chudziak”

SOROKA

Jan, żona Katarzyna, dzieci: (IN). Matka Katarzyna? Zamordowani 30.08.1943r.

10

KUWAŁEK

Tadeusz „Chudziaki”

CHUDZIAK

Józef „Chudziaki” (ok.60 lat). Zamordowany 30.08.1943r.

LUBCZYŃSKI

Kacper „Chudziaki”

11

JESIONCZAK

Andrzej „Wojczychy”

JESIONCZAK

Antoni „Gałaty”

12

KUWAŁEK

Dominik „Wawrzyki” (56 lat) s. Franciszka i Ewy, żona Michalina (50 lat) z d. Pawliczuk c. Andrzeja i Tekli, dzieci: Jan (21 lat), Antoni (13 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

ŁYSIAK

Antoni „Draluńcio”, „Harmaty”, żona Marianna, dzieci: Jan (23 lata). Zamordowani 30.08.1943r.

13

CHUDZIAK

Wiktoria „Dziurany” z d. Łysiak - lat 62,. Zamordowana 30.08.1943r.

14

LUBCZYŃSKI

Jan s. Stanisława (25 lat), żona Zofia Jesionczak, 2-tygodniowe dziecko (IN). Zamordowani 30.08.1943r.

15

PALEC

Józef „Iziunio”, żona Marcelina z d. Jesionczak, dzieci: Marianna (21 lat), Anastazja (18 lat), Karolina (10 lat), Julian (7 lat), Janina (4 lata). Zamordowani 30.08.1943r.

16

SZWED

Wiktor „Wiktorońko”, żona Jadwiga, dzieci: Leokadia (15lat), Marianna (13lat), Helena (10lat), Stanisław (8lat). Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Jadwigi.

17

SZWED

Jan „Amerykaniec” (65 lat) s. Kajetana i Marianny. Zamordowany 30.08.1943r.

18

JESIONCZAK

Antonina „Antoszka Macicowa”

19

WALCZAK

Józef (Paweł) „Gaz”

WALCZAK 

Agnieszka „Gaz”

20

SZWED

Franciszek „Boruta” (45 lat) s. Łukasza i Marianny. Zamordowany 30.08.1943r.

21

SZWED

Michał „Michał Dzików”. Zamordowany 30.08.1943r.

22

SOROKA

Józef „Zawiązany” (54 lata), żona Karolina (45 lat) z d. Kogucik, dzieci: Kajetan (28 lat), Stanisław (17 lat), Jan (9 lat), Kazimierz (7 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

23

SOROKA

Agnieszka „Jagusiusia”, dzieci: Józef, Marianna, Wojciech. Zamordowani 30.08.1943r.

SOROKA

Andrzej s. Agnieszki, żona Józefa. Zamordowani 30.08.1943r.

24

SZWED

Michał „Michałko”

25

ŁYSIAK

Marcelina „Tomeczki”

ULEWICZ

Antoni „Tomeczki”

26

SZWED

Wiktor „Kurki” (23 lata) s Józefa i Anastazji z d. Łysiak, żona Karolina z d. Szwed c. Michała i Wincentyny. Zamordowani 30.08.1943r.

SZWED

Łukasz „Kurki” (29 lat) s. Józefa i Anastazji z d. Łysiak, żona Katarzyna (23 lata) z d. Jesionczak, dzieci: Aleksander (3lata), Tadeusz, Jan. Zamordowani 30.08.1943r.

SZWED

Józef „Kurki” (61 lat) s. Łukasza i Marianny (zabity w Przekurce), żona Anastazja (60 lata) z d. Łysiak c. Kajetana i Józefy. Zamordowani.

SZWED

Stefan „Kurki” (32 lat) s. Józefa i Anastazji z d. Łysiak. Zamordowany 30.08.1943r.

27

LEWCZUK

Andrzej „Menka”, „Duda”, „Lewki”. Zamordowany 30.08.1943r.

28

WALCZAK

Józef „Hanela”, „Izio Lewków”

29

DZIURJAN

Andrzej „Koperka”

30

GIEC

Paweł (40 lat), żona Karolina (36 lat) z d. Morciś, dzieci: Zofia (7 lat), Kazimierz (5 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

31

GIEC

Franciszka „Misie” (55 lat) z d. Jesionczak, dzieci: Wojciech (20 lat), Jan (16 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

GIEC

Julian „Misie”

32

GIEC

Jan „Musor”, żona Franciszka, synowa Karolina, wnuczka Genowefa. Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONEK

Anastazja „Misie”

33

JESIONEK

Wojciech „Misieńki”, „Wojtecha”, żona Marcelina, dzieci: Jan (13 lat), Anna (8 lat), Edward, chłopiec (ok.1 roku), dziewczynka (ok.1 roku). Zamordowani 30.08.1943r.- zginęli pod Sokołem, oprócz Wojciecha.

34

LEWCZUK

Paweł (Andrzej) „Nieszejda”

35

MORCIŚ

Stanisław (Jan) „Limba”

36

PALEC

Aniela „Pycha”

37

ŁYSIAK

Jan „Narciki”

JEDNARCZUK

Jan „Narciki”

38

BRÓDKA

Jan „Pogorzelec”, żona Agnieszka - lat 43, dzieci: Edwarda, Stanisław, Tadeusz, (IN).

POGORZELEC

Józef „Żuber” (50 lat), żona Anna, dzieci: Jan, Marcin, Wiktoria. Zamordowani 30.08.1943r.

39

KLOC

Zofia „Przewózka” (40 lat), żona Stanisława, dzieci: Antonina (23 lata), Anna (19 lat) , Henryk - lat 16. Zamordowani 30.08.1943r.

40

HAJDAMACZUK

Paweł „Amerykaniec”, żona Jadwiga z d. Dzwoniarz. Zamordowani 30.08.1943r.

WALECZEK

Jan „Matesy”

41

JESIONEK

Wojciech „Jesionki” (50 lat) s. Jana, żona Maria z d. Prończuk. Syn Antoni (22 lata), jego żona Agnieszka (22 lata) z d. Lubczyńska c. Jana. Zamordowani 30.08.1943r.

42

KRZESZEWSKI

Franciszek „Jesionki” (60 lat), żona Marianna. Zamordowani 30.08.1943r.

KRZESZEWSKI

Jan „Jesionki”, syn Edward. Zamordowani 30.08.1943r.

43

SMULSKI

Adam „Demki”, „Bznyj”

44

JESIONEK

Jan „Kozły” (33 lata) s. Stefana i Agnieszki, żona Agnieszka (33 lata) z d. Dziurjan, dzieci: Tadeusz (13l at), Feliks (10 lat), Zofia (4 lata), Stanisław (1 rok). Matka Jana-Agnieszka (60 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

45

JESIONEK

Anastazja „Kozły”

SZWED

Jan „Kozły”

46

JESIONEK

Bronisław „Sinice”

47

JESIONEK

Antoni „Sinice” (60 lat), żona Anastazja (58 lat) z d. Jesionczak, dzieci: Władysława (30 lat), Katarzyna (22 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONEK

Aleksander „Sinice” (30 lat), żona Zofia (30 lat) z d. Giec, dzieci: Edward (7 lat), Jan (5 lat), Genowefa (2 lata). Zamordowani 30.08.1943r.

48

HARMATA

Jan „Sionio”

49

PALEC

Stanisław „Hulak” (45 lat) s. Kajetana i Marii, żona Marianna (36 lat) z d. Jesionek c. Antoniego i Pauliny, dzieci: Wincenty (13 lat), Jan (10 lat), Franciszka (4 lata). Zamordowani 30.08.1943r.

50

ROMAŃCZUK

Karol „Ciuryło”, żona (IN.), 2 synów: Czesław i Stefan, 2 córki. Rodzina wywieziona w kwietniu 1940 r. na Sybir

USZARUK

Stanisław

51

HARMATA

Stanisław Andrzej „Puch”, żona Józefa z d. Jesionek, Maria, Wiktoria (17 lat, ranna, zmarła w szpitalu w Chełmie), chłopiec. Zamordowani 30.08.1943r.

52

JESIONEK

Stanisław „Ilka”, „Abisyńczyk” (44 lata), żona Katarzyna (44 lata) z d. Skrzyszewska, dzieci: Agnieszka (19 lat), Stanisław (15 lat), Zofia (10 lat), Antoni (3 lata). Zamordowani 30.08.1943r.

53

JESIONCZAK

Antoni „Hanczury”

KRZYŻANOWSKI

Feliks „Stolarz”, żona Łucja (22 lata) z d. Jesionczak (w ciąży). Zamordowani 30.08.1943r.

54

SOROKA

Stanisław „Stachun” (35 lat), żona Marianna, dzieci: Stanisława (15 lat), Jan (10 lat), Leon (6 lat), Józef (1,5 roku). Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Marianny.

SOROKA

Antoni

55

PALEC

Franciszek „Mielników”

56

PALEC

Julian

57

STRAŻYC

Wincenty (40 lat) s. Józefa i Jadwigi. Matka Jadwiga (60 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

58

JESIONEK

Jan „Witiów”

59

JESIONEK

Stanisław „Stachuta”, „Witie” s. Jana, żona Karolina, dzieci: Jan, Katarzyna. Ojciec Stanisława -Jan. Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONEK

Paweł „Pawlunica”, „Witie”

60

JESIONCZAK

Józef „Kapral”, „Ryży”

61

WALCZAK

Jan

62

JESIONCZAK

Paweł „Mędryczki”, żona Julia z d. Muzyka, dzieci: Antoni, Józef, Katarzyna (20lat), Leokadia. Zamordowani 30.08.1943r.

63

ULEWICZ

Stanisław „Kudan” (47lat), żona Anastazja (44lata), dzieci: Katarzyna (22lata). Zamordowani 30.08.1943r.

ULEWICZ

Jan „Kudan” (50lat), żona Marianna (43lat), dzieci: Helena (14lat). Zamordowani 30.08.1943r.

64

JESIONEK

Wojciech „Kalinowy”, „Pawły”, żona Marianna, dzieci: Jan, Katarzyna. Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONEK

Stanisław „Stasiera”, „Pawły”, żona Paulina, dzieci: chłopiec, dziewczynka. Zamordowani 30.08.1943r.

65

JESIONCZAK

Andrzej „Ruch” (46lat) s. Łukasza i Józefy, żona Józefa (43lata) z d. Bednarz, dzieci: Katarzyna (18lat), Marianna (12lat). Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONCZAK

Paweł „Bołtunek”

66

LUBCZYŃSKI

Stanisław „Stanio”

67

JESIONCZAK

Łukasz „Wójty”

JESIONCZAK

Paweł „Wójty”, żona Karolina. Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONCZAK

Wojciech „Wójty”, żona Helena z domu Dzwoniarz, dzieci: Maria 11.07.1929r., Paweł 11.07.1929r. - jako jedyny przeżył rzeź w dn. 30.08.1943r.

68

JESIONCZAK

Stanisław „Kruk”, „Rówieniec”, żona Karolina z d. Olifirowicz

69

WALCZAK

Franciszek (Antoni) „Bebeka”, żona Marcelina z d. Łysiak, dzieci: Jan (22lata), Michał (13lat). Zamordowani 30.08.1943r.

WALCZAK

Aleksander „Aleksandrunio”, żona Marianna z d. Szwed (w ciąży), dzieci: Kazimierz (6lat). Zamordowani 30.08.1943r.

70

OLIFIROWICZ

Grzegorz

OLIFIROWICZ

Marianna „Marynioszka”, dzieci: Ewa, Grzegorz. Zamordowani 30.08.1943r.

71

BEDNARZ

Paweł „Pawluk” (58lat). Siostra Rozalia (43lata). Zamordowani 30.08.1943r.

BEDNARZ

Franciszek „Ceglany” (39lat), żona Rozalia z d. Harmata (36lat), dzieci: Julia (14lat), Stanisław (6lat). Zamordowani 30.08.1943r.

72

SZWED

Konstancja „Kostka”

73

LUBCZYŃSKI

Wiktor „Grek”, „Batio”, żona Franciszka, dzieci: Aleksander, Jan, Katarzyna, Marianna. Zamordowani 30.08.1943r., oprócz rodziców.

74

PALEC

Stanisław „Kowal” (58 lat) s. Antoniego i Katarzyny. Zamordowany 30.08.1943r.

75

PALEC

Andrzej „Pyśko”

PALEC

Mikołaj „Mikulita” (38 lat) s. Karoliny, żona Anna z d. Ulewicz, dzieci: Jan. Zamordowani 30.08.1943r.

76

PALEC

Łukasz (58 lat), dzieci: Aleksander, Jan. Zamordowani 30.08.1943r.

PALEC

Aleksander

77

DZIURJAN

Paweł

78

KLOC

Karolina (60 lat). Zamordowana 30.08.1943r.

JESIONCZAK

Antoni „Wójtów”, żona Marianna z d. Kloc, dzieci: Stanisław (2lata). Zamordowani 30.08.1943r.

79

SZWED

Józef „Jaćkun”, żona Aniela z d. Giec, dzieci: Aleksander, Halina, Ignacy, Stanisław, Tadeusz. Zamordowani 30.08.1943r.

80

SZWED

Ewa „Pokatylicha”, dzieci: Jadwiga (19lat), Jan (24lata), Paweł (27lat), Józef (31lat), jego żona Marianna (29lat), ich dziecko Czesław (6lat)

81

SZWED

Aniela „Popicha” (40lat) c. Marianny, syn Feliks (20lat), jego żona Marianna (19lat) z d. Szwed (w ciąży). Matka Anieli –Marianna (70lat). Zamordowani 30.08.1943r.

WALECZEK

Stanisław „Kec”, żona Anastazja, dzieci: Edward, Jan. Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Stanisława.

82

PASZCZYK

Marian (41 lat) „Komendant Strzelca”, żona Katarzyna (36 lat) z d. Sobora, dzieci: Danuta, Roman, Ryszard (6lat). Matka Mariana-Katarzyna (70lat). Zamordowani 30.08.1943r.

83

POGORZELEC

Antoni „Smulscy” (55 lat), żona Paulina, dzieci: Zofia (20 lat), Anastazja (16 lat). Zamordowani 30.08.1943r.-oprócz Pauliny.

POGORZELEC

Paweł „Smulscy”

84

POGORZELEC

Andrzej „Stepaniuk”, żona Katarzyna z d. Łysiak, dzieci: Maria, Stanisław, Jadwiga r.1939. Zamordowani 30.08.1943r.

POGORZELEC

Marianna „Smulscy”

85

PRZYTUPA

Jan „Chałacik” (zamordowany 29.08.1943 w Sokole), żona Józefa, dzieci: Adam, Katarzyna, Władysław, (IN). Zamordowani 30.08.1943r.

86

PRZYSTUPA

Aleksander „Petkun”

87

WALCZAK

Jan „Janecha”, żona Ewa, dzieci: 2-je. Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Jana.

88

SZWED

Marian „Marianek Dzików”, żona Aniela z d. Pręciuk. Zamordowani 30.08.1943r.

89

LUBCZYŃSKI

Łukasz „Kowal”, „Stelmach”, żona Anna z d. Łysiak, dzieci: Anastazja (22lata), Józef. Zamordowani 30.08.1943r.

90

WALECZEK

Józef „Osadnik”

91

WALECZEK

Jan „Bośniak”

POGORZELEC

Stefan „Mordko” (31lat), żona Stanisława z d. Waleczek, dzieci: Tadeusz, Zdzisław. Zamordowani 30.08.1943r.

92

TRUSIUK

Julian „Jarosze”

93

SOROKA

Władysław „Władymunio”

94

ŁYSIAK

Andrzej „Gierman”

95

ŁYSIAK

Paweł „Moskal” i Paulina -zamordowana 30.08.1943r.

KUWAŁEK

„Tomeczki”

96

KRUK

Franciszek „Leśniczy”

SKIBIŃSKI

Antoni „Ciupczyn”. Rodzina wywieziona na Sybir

97

SZWED

Józef „Jóźko” (34 lata) s. Rozalii, żona Agnieszka, dzieci: Marianna (14 lat), Jadwiga (12 lat). Matka Józefa – Rozalia (60 lat). Zamordowani 30.08.1943r

98

KUWAŁEK

Paweł „Krakowiak” (32 lata), żona Katarzyna (30 lat) z d. Palec, dzieci: Henryk (10 lat). Zamordowani 30.08.1943r.

99

PALEC

Józef (Antoni) „Piskorowiec”, żona (IN), dzieci: 5-ro. Zamordowani 30.08.1943r.

100

WALECZEK

Julian „Dolka”, „Kasijan”

101

WALECZEK

Karolina „Lalka”

102

ULEWICZ

Wojciech „Morciś”

103

BARTNICZUK

Stanisław „Komunista”

104

Dom Ludowy-remiza

105

HARMATA

Stanisław (37 lat), żona Karolina (34 lat), dzieci: Wacław, Zofia, (IN). Zamordowani 30.08.1943r.

HARMATA

Marianna „Doczka”, „Piskorówka”

ŁYSIAK

Agnieszka

106

BEDNARZ

Stanisław „Dąbrowa”

BEDNARZ

Paweł - lat 47 ps. "Dąbrowa",

107

LEWCZUK

Michał „Misieńki” (zamordowany 29.08.1943 we wsi Sokół), żona Julia z d. Pogorzelec, syn Antoni (32 lata), synowa Zofia (32 lata) z d. Szwed, ich dzieci: Jan (13lat), Bolesław (2 lata). Zamordowani 30.08.1943r

108

MORCIŚ

Stanisław „Hanczury”

109

WALCZAK

Łukasz „Wawryn”, „Zastawianka”

OLIFIROWICZ

Wawrzyniec „Wawryn”, żona Aniela z d. Walczak, dzieci: Edward, Jan, Piotr. Zamordowani 30.08.1943r.

110

JEDNARCZUK

Mikołaj „Kaje”, żona Rozalia z d. Przystupa, syn Stanisław (19lat), jego żona Wiktoria (18lat) z d. Ulewicz i ich dziecko (IN). Zamordowani 30.08.1943r.

111

POGORZELEC

Antoni

POGORZELEC

Jan, żona Marianna, dzieci: Julian. Zamordowani 30.08.1943r.

112

KLOC

Marianna

113

ULEWICZ

Antoni, żona Rozalia z d. Bednarz „Zięcie”, dzieci: Czesław, Jan, Stanisław. Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Antoniego.

KLOC

Paweł (Jan) „Karpata”, żona Agnieszka z d. Bednarz. Zamordowani 30.08.1943r.

114

HAJDAMACZUK

Wojciech „Matyse”, żona Rozalia, dzieci: Janina (14lat). Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Wojciecha.

KRZESZEWSKI

Stanisław „Matesy”, żona Helena z d. Hajdamaczuk, dzieci: Jan. Zamordowani 30.08.1943r.

115

HAJDAMACZUK

Mikołaj "Matusik", „Mikulika” (40lat), żona Apolonia (37lat) z d. Prończuk, dzieci: Helena, Jan, Władysław. Zamordowani 30.08.1943r. Syn Stanisław r.1933 po wojnie w Sławnie - woj. zachodniopomorskie.

116

JESIONEK

Antoni „Kozły” (65lat) s. Andrzeja i Tekli, syn Piotr, jego żona Marianna (22 lata) z d. Jesionczak c. Franciszka i Katarzyny, dzieci: Bolesław (6lat), Wacław (4lata), Katarzyna (6 tygodni). Zamordowani 30.08.1943r., oprócz Piotra.

KONICZUK

Józef „Kutuwiec (35lat)”, żona Agnieszka (27lat) z d. Jesionek, dzieci: Genowefa (10lat). Zamordowani 30.08.1943r.

117

SMULSKI

Antoni „Demki”

SMULSKI

Adam „Kucharz”, „Demki”

118

JESIONEK

Marcin

KRUK

Franciszek „Gawron”

119

SOROKA

Łukasz „Łut”

120

JESIONEK

Józef „Sobki”

121

ŁYSIAK

Józef

122

PROŃCZUK

Marianna „Trepy”

123

JESIONEK

Aleksander „Baniuków” (37lat), żona Bronisława (33lata) z d. Bednarz, dzieci: Agnieszka (15lat), Zofia (10lat), Helena (8lat), Stanisław (3lata). Zamordowani 30.08.1943r.

JESIONEK

Stanisław (70lat). Zamordowany 30.08.1943r.

124

SZWED

Helena „Baniukowa”

125

PRADUN

Karolina „Sinicowa”, dzieci: Feliks, Helena. Zamordowani 30.08.1943r.

126

KUWAŁEK

Jan „Suchecki”

MUZYKA

Jan „Pioterki”

127

JESIONEK

Antoni „Sinice”

JESIONEK

Stanisław „Sinice”

128

LUBCZYŃSKI

Józef „Jojna”, „Kaspry”, żona Anastazja z d. Jesionek, dzieci: Edward, (IN). Matka Józefa -Katarzyna Lubczyńska z d. Hajdamaczuk, brat Józefa-Stanisław. Zamordowani 30.08.1943r.

129

SZWED

Aleksander „Oleśko Kasprów” (40lat), żona Zofia (40lat), dzieci: Agnieszka (20lat), Jan (14lat). Zamordowani 30.08.1943r.

130

HARMATA

Stanisław „Harmaty”

ŁYSIAK

Jan „Harmaty”

131

HARMATA

Michał (50lat), żona Marianna (48lat), dzieci: Tadeusz, Zofia. Zamordowani 30.08.1943r.

132

HARMATA

Jan

133

KOGUCIK

(Kogut?) Jan „Osadnik”

134

GIEC

Wiktor „Misie”

135

PALEC

Jan

136

POGORZELEC 

Jan

 

Osoby zainteresowane miejscowością / udostępniające informacje:

FORMULARZ zgłoszenia rodziny i uzupełnienia danych

L.p. Imię Nazwisko Przekazane informacje w okresie i zakresie: E-mail - (a) zamień na @

1.

Paweł Jesiączak [marzec 2007] uzupełnienie w poz. 67, [październik 2008] korekta w poz. 67. roksanaj(a)szczecinek.gawex.pl

2.

Jarosław Chruścicki [luty 2008] Wykaz w poz. 1-136 Na podstawie książki L.Popka „Cmentarz parafialny w Ostrówkach na Wołyniu” i książki „Wołyński Testament” w opracowaniu L.Popka, T.Trusiuka, P. i Z. Wira, w których wykorzystano:
„Wykaz gospodarstw wsi Wola Ostrowiecka” sporządzony przez : Marię Gracz, Marię Matyszczuk i Helenę Popek. „Spis alfabetyczny zamordowanych w dniu 30 sierpnia 1943r. w parafii Ostrówki dekanatu lubomelskiego na Wołyniu” przypuszczalnie autorstwa księdza Stefana Jastrzębskiego oraz relacje ocalałych i dane zebrane przez Marię Gracz, Czesława Kuwałka, Antoniego Łysiaka, Marii Matyszczuk, Heleny Popek, Aleksandra Paduna, Tomasza Trusiuka. 
Spis jest trochę chaotyczny i niedokładny, ponieważ korzystałem z dwóch w/w źródeł, nie zawsze się do końca pokrywających oraz głównie zawiera osoby, które zostały zamordowane-mam nadzieje, że Ci którzy przeżyli uzupełnią listę.
carcarewicz(a)wp.pl

3.

Stanisław Hajdamaczuk [październik 2008] uzup. w poz. 115. Jestem naocznym świadkiem mordu we wsi Woli Ostrowieckiej. Poszukuję wszystkich ocalałych. Możliwe że ktoś z moich krewnych także ocalał. Chciałbym nawiązać kontakt. amelia15012004(a)wp.pl

W 1943r. W Woli Ostrowieckiej mieszkało co najmniej 866 osób-197 rodzin. Ze 169 rodzin zginęło co najmniej 569 osób, tj. ok.66% ludności wsi. 30 sierpnia 1943r wieś przestała istnieć.

 ZDJĘCIE SZKOLNE (urwane)

Rodzina Jesionczaków z Woli Ostrowieckiej. Wszyscy zostali zamordowani przez Ukraińców. (źródło: IPN Lublin)

Więcej (drastycznych!) zdjęć z ekshumacji na stronie kresy.pl


RELACJE ŚWIADKÓW MORDÓW MIESZKAŃCÓW WOLI OSTROWIECKIEJ ze strony

RELACJA ŚWIADKA MARIANNY SOROKI (fragment) .

Nazywam się Marianna Soroka. Urodziłam się 8 września 1908 roku we wsi Wola Ostrowiecka, powiat Lubomi, woj., Wołyń w rodzinie chłopskiej. W roku 1943 byłam matką pięciorga dzieci: Stanisława – lat 15; Edwarda – lat 12; Janka – lat 10; Leona –lat 6 i Józefa 1,5 roku. Mój mąż Stanisław był rolnikiem 8-hektarowego gospodarstwa rolnego. Żyło się nam chociaż ubogo, ale spokojnie i szczęśliwie.

Kiedy wracam myślą do tamtych czasów, do tamtych dni, to słyszę gwar moich kochanych dzieci, który wypełniał cały dom. Gdzież one są? Odeszły tak nagle. Mój Boże. Trudno mi wspomnieć tamte dni. Była niedziela, 29 sierpnia 1943 roku. Poszłam do kościoła na Ostrówki, bo tam była nasza parafia, na sumę, na godzinę 11-tą. Ksiądz Dobrzański podczas kazania podał do wiadomości wiernych, że Ukraińcy szykują się do mordowania Polaków we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki. Ostrzegł swoich parafian, aby czuwali, bo nigdy nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Całą noc czuwaliśmy, bo właśnie w nocy spodziewaliśmy się napaści Ukraińców na naszą wioskę.

Noc minęła spokojnie. Nadszedł zwykły dzień, poniedziałek 30 sierpnia 1943 roku. Wraz ze wschodem słońca robiłam obrządek w gospodarstwie wraz z mężem. Dzieci spały.

Tymczasem we wsi działy się dziwne rzeczy. Do wsi wola Ostrowiecka od strony zachodniej wkroczyły zwarte oddziały Ukraińców na koniach i pieszo, uzbrojone w karabiny i pistolety. Nikt we wsi nie spodziewał się, że Ukraińcy w biały dzień mogli wkroczyć do wsi. Tego jeszcze nie było. Zobaczyłam Ukraińca na koniu, który jechał w kierunku naszego domu. Ogarnęła mnie trwoga, ale zachowałam spokój. Mój mąż Stanisław krzątał się po podwórku. Ukrainiec na koniu zbliżył się ku nam, pozdrowił i zawiadomił nas, żeby mężczyźni stawili się na zebranie na placu szkolnym. To jest obowiązek. Cóż było czynić. Stanisław przebrał się, coś niecoś się posilił i udał się na to zebranie, z którego już nigdy nie powrócił. Został wraz z innymi zarąbany siekierami i wrzucony do rowu za stodołą Strażyca.

Nie upłynęło wiele czasu, kiedy znowu pojawiło się tym razem dwu konnych Ukraińców, którzy tym razem wzywali wszystkich mieszkańców na zebranie na plac szkolny.

W przeczuciu zagrożenia wysłałam syna Edwarda- lat 12 z krowami na pastwisko. Do chłopaka strzelano, lecz dzięki opatrzności Bożej uszedł z życiem. Ukrył się w zaroślach, ja zaś z czwórką pozostałych dzieci udałam się wraz z sąsiadami na to zebranie. Tymczasem Ukraińcy – mordercy nie zapędzili nas na szkolny plac, lecz do stodoły sąsiada i tam nas zamknęli. Spośród nas wybierali mężczyzn i pędzili pod eskortą. A kiedy już nie stało mężczyzn, zabierali kobiety i dzieci i pędzili pod eskortą uzbrojonych bandytów w nieznanym kierunku. Nie wiem o której godzinie, ale było to chyba grubo po południu, rozległy się strzały z broni maszynowej od strony południowej wsi Wola Ostrowiecka.

Wśród Ukraińców powstał popłoch. Już nie wyprowadzali ze stodoły grupki kobiet i dzieci, ale zaczęli strzelać do zebranych w stodole. Powstała panika wśród zebranych w stodole. Wielu zginęło od pierwszych strzałów. Trójka moich dzieci: Stanisława, Janek i Leon, została zabita przez Ukraińców-morderców. Ja zaś ze swoim najmłodszym synkiem na ręku wybiegłam ze stodoły. Biegłam, biegłam. Usłyszałam huk i w tym samym czasie okropny krzyk mojego dziecka Józia. Upadłam trzymając dzieciaka na ręku. Poczułam ból w ramieniu lewej ręki. Krew sączyła się z rany. Kula dum-dum przeszyła mięsień i kość ramienia lewej ręki. Nie zdawałam sobie sprawy, czy mój syn Józio żyje, czy tez nie. Byłam bardzo osłabiona z upływu krwi.

Nie pamiętam ile trwało to omdlenie. Wkrótce poczułam pragnienie, więc zaczęłam się czołgać. Na moje szczęście pojawi się cudem ocalały brat mojego męża Aleksander Soroka. On to przyniósł mi wody, która ugasiłam moje pragnienie. Lecz wkrótce znów straciłam przytomność. Obudził mnie z omdlenia właśnie szwagier Aleksander. Poprosiłam Aleksandra, aby poszedł do mojego mieszkania, wziął prześcieradło i pociął na bandaże i owiną moja ranę. Wkrótce Soroka Aleksander przyniósł płótno-prześcieradło i naftę.

Naftą wydezynfekował ranę i owinął czystym płótnem. Poczułam ulgę. Postanowiłam dowlec się do swojego domu, by tam umrzeć. Cóż mi pozostało. Ci, których kochałam najbardziej odeszli na zawsze. Chciałam się z nimi połączyć tam, na drugim Świecie, u pana Boga....”


NAJTRAGICZNIEJSZE CHWILE MOJEGO ŻYCIA. RELACJA HENRYKA KLOCA

Był rok 1943 – czwarty rok czarnej nocy okupacji hitlerowskiej. Być Polakiem w tym okresie, to żyć w ustawicznym strachu i niepewności; dniem i nocą czyhała na nas Polaków śmierć.

Miałem wtedy 13 lat, mieszkałem na wołyńskiej wsi Wola Ostrowiecka; wszyscy jej mieszkańcy byli Polakami. Była to wieś o zabudowie zwartej; Domy i zabudowania stały jeden obok drugiego, 200 numerów. Większość zabudowań była kryta słomą.

Mieszkańcy tej wsi żyli zgodnie i przyjaźnie, zarówno między sobą, jak i z mieszkańcami sąsiednich wsi ukraińskich. Pamiętam, że jako pastuch krów przyjaźniłem się z chłopcami i dziewczynami – pastuchami Ukraińcami. Nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły w pamiętnym sierpniu 1943 roku.

Po wkroczeniu Niemców na polskie Kresy Wschodnie, Ukraińcy podjęli wielostronną z nimi współpracę; wstępowali masowo w szeregi policji i żandarmerii. Niemcy wysługiwali się nimi przy mordowaniu Żydów, jeńców sowieckich, jak tez Polaków. Prowodyrzy i agitatorzy ukraińskich szowinistycznych organizacji nie próżnowali; szerzyli zapożyczoną ideologię faszystowską i najgorsze wzorce postępowanie przejęte od nazistów, wśród prostego chłopstwa ukraińskiego, budząc w najniższe zwierzęce instynkty.

Do grona tych propagatorów szowinistycznych haseł weszli, hańbiąc swój stan księża prawosławni i grekokatolicy. Oni to z ambon szerzyli nienawiść do Polaków, później święcili narzędzia zbrodni i rozgrzeszali zbrodniarzy. Nastroje ulegały szybko zmianom; my, dzieci przestaliśmy się bawić razem na pastwiskach; dorośli Ukraińcy gromadzili broń. Ukraińscy policjanci i żandarmi będący na służbie okupanta dezerterowali wraz z całym ekwipunkiem, kradziono i rabowano też broń z magazynów, a było jej sporo porzuconej przez kolejne wycofujące się armie.

Żyliśmy w ciągłym napięciu. W dzień Niemcy rekwirowali żywność i przeprowadzali „łapanki”; młodzież wywozili do Niemiec na roboty. W nocy Ukraińcy podobnie jak Niemcy rekwirowali żywność oraz konie z wozami. Przed jednymi i drugimi kryliśmy się, utworzono też grupę samoobronną, która czuwała i ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Co noc z dala słychać było strzały, a grozę potęgowały łuny pożarów. Pojawiły się też, wypisywane na parkanach groźby i obelgi. Krótkie noce lipcowe i sierpniowe były pełne grozy i niepewności; spaliśmy w ubraniach, czuwając.

29 sierpnia 1944 r., a była to niedziela, nie pasłem krów, wyręczyła mnie w tym moja mama. Dzień spędziłem w gronie przyjaciół, a było nas razem sześciu trzynastolatków. Kto mógł przewidzieć, że tylko ja przeżyję następny dzień ? Tej nocy 29/30 sierpnia mieszkańcy wioski Wola Ostrowiecka nie poszli spać.

Doszły nas wieści, że w sąsiadujących z nami wsiach ukraińskich utworzyło się duże zgrupowanie Ukraińców okazujących wrogą postawę w stosunku do Polaków. Dzisiaj po latach, wiem, że tłumy Ukraińców przepojone nienawiścią do Polaków, wznoszące okrzyki w rodzaju: „Hajże na Lachiw, budem ich rizaty” to ukraińska tzw. „powstańcza armia”, która uciekając przed Armia Czerwoną parła na zachód, by zapaść w wertepy Bieszczad, urządzić sobie tam legowisko i czekać na trzecią wojnę światową.

Wszyscy mieszkańcy wioski trwali całą noc w pogotowiu, by bez zwłoki opuścić wioskę, jeśli ta ukraińska horda ją zaatakuje. Wystawiono czujki, które miały uprzedzić nas o ewentualnym zagrożeniu.

Noc miała się ku końcowi – świtało. I wtedy właśnie, na tle porannej zorzy, wyłonił się zwartym tłum Ukraińców, który zmierzał od ukraińskiej wsi Sokół, do również ukraińskiej wsi Przekórka. Ten manewr Ukraińców wprowadził naszą samoobronę w błąd. Odwołano alarm. Tymczasem Ukraińcy zmienili kierunek i weszli do wsi od strony, z której ich się nie spodziewano. Były to oddziały zwarte uzbrojone w broń maszynową i karabiny pochodzenia niemieckiego i radzieckiego.

Zachowanie tych ludzi nie zapowiadało nic złego. Można powiedzieć, że okazywali mieszkańcom wioski dużą życzliwość, nawet dzieci częstowali cukierkami. Pamiętam, podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogładził po głowie, zapytał jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, a wszystko to z życzliwym uśmiechem Rozpoczął się prawie normalny dzień życia wsi, tyle, że czuło się jakąś grozę.

Około godz.8-mej wyznaczeni bojówkarze chodzili po wsi i wzywali mężczyzn od lat osiemnastu do sześćdziesięciu, by udali się na plac przed szkołą; sprawdzali każdy dom i zabudowania, by nikt się nie ukrył. Kiedy wszyscy mężczyźni znaleźli się na boisku szkolnym, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców.

Między godziną 10-tą a 11-tą do zebranych przemówił watażka tej ukraińskiej hordy, czyli, jak to się dzisiaj mówi dowódca oddziału ukraińskiej „powstańczej armii”. Mówił po ukraińsku. Sens wypowiedzi był następujący: Ukraińcy pragną razem z Polakami walczyć przeciw Niemcom. Oni przyszli do naszej wioski, aby dokonać naboru mężczyzn zdolnych do walki. Tych uzbroją i razem wyruszą przeciw Niemcom. Mówił to tak porywająco i przekonywująco, jak to czynili politrucy sowici, że niektórzy słuchacze uwierzyli w ich zapewnienia. Następnie powiedział, że będą brać po sześciu mężczyzn na badania lekarskie i sprawnościowe, następnie zdrowych i zdolnych umundurują, uzbroją i utworzą polski oddział, obok oddziałów ukraińskich, w celu włączenia się do walki z Niemcami, których koniec jest bliski.

Tak też się stało. Co pewien czas uzbrojeni Ukraińcy odprowadzali grupę sześciu mężczyzn w nieznane nam miejsce. Teraz już wiemy, że była to dwuklepiskowa stodoła gospodarza Strażyca; że tam inna grupa Ukraińców wykopała przy stodole dwa rowy o głębokości 2 m i szerokości 2,5 m i długości 8 m. Do tej stodoły wprowadzano przyprowadzonych mężczyzn, tam ich mordowano bez użycia broni palnej, a zwłoki wrzucano do tych rowów.

Kiedy odprowadzano już wszystkich mężczyzn na boisku szkolnym pozostały kobiety, dzieci i osoby w starszym wieku. Teraz już, bez żadnych skrupułów, brutalnie wtłoczono nas wszystkich do budynku szkolnego, skąd kilkunastoosobowe grupy pędzono pod eskortą w nieznane nam wówczas miejsce. Mimo, że dochodziły do nas stamtąd żadne odgłosy mieliśmy już świadomość, że Ukraińcy chcą nas wszystkich wymordować. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zamordowani i że to za chwilę nastąpi. Przygotowywaliśmy się na śmierć przez modlitwę, spowiedź składaną na ręce matki, która udzielała nam rozgrzeszenia, przez zbiorowe odmawianie różańca z prośbą do Najświętszej Marii Panny, by nam dała lekką śmierć. Było nas w tej gromadzie czworo: mama, siostra Ania –lat 16, siostra Antosia – lat 20 i ja – lat 13. Kiedy skończyliśmy odmawiać druga bolesną część świętego różańca, mama pobłogosławiła nas i dała nam święte obrazki. Ja dostałem obrazek z Aniołem Stróżem, który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje małych dzieci. Z nim to przeszedłem przez śmierć do życia, bym mógł teraz zdać Światu relację z tych zbrodni.

Była chwila ciszy; czekaliśmy na swoją kolej, zostało nas już tylko około 100 osób: kobiet, dzieci i starców. Do stojących przy drzwiach uzbrojonych morderców podeszła jedna z kobiet – matka trojga dzieci i zwróciła się do nich z prośbą: „Patrzcie, została nas mała garstka, pozwólcie nam żyć. Spójrzcie na te dzieci, one są niewinne, ich oczy błagają o litość, miejcie więc litość dla nich”.

Wtedy jeden oprawców powiedział – oczywiście po chachłacku – ( w przybliżeniu): „Wy Polacy. My was wszystkich wyrżniemy, a wasze domy spalimy. Nic po was nie zostanie”. W odpowiedzi na te okrutne słowa ta kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwo: „ Bądźcie przeklęci po wszystkie czasy. Niechaj krew naszych niewinnych dzieci spadnie na was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki”.

W pewnej chwili dały się słyszeć od strony południowej wsi strzały z broni maszynowej. Pilnujący nas Ukraińcy wpadli w popłoch, wybiegli na zewnątrz, drzwi szkoły zamknęli. Zaświtała nam nadzieja, że mordercy w popłochu uciekną. Niestety przyspieszyło to tylko decyzję dokończenia zbrodniczego dzieła. Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób - innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny sierpniowy dzień płonął jak pochodnia; ci jeszcze żywi znaleźli się w pułapce bez wyjścia skazani na śmierć w płomieniach. Nie sposób wyrazić słowami grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi.

Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny huk. Granat ja rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła. Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę. Jeszcze żyła. Jeszcze raz przytuliłem się do matki. Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud Boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi.

Nie miałem już nikogo z najbliższych, zapragnąłem też umrzeć, zacząłem krztusić się dymem, pomyślałem: nałykam się dymu, uduszę i będzie koniec. Ale, gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi i nic. A tymczasem zaczął płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasja pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję.

Obok mnie leżała kobieta – Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż martwej matce, szarpał ją i wołał „ Mamo wstawaj, chodźmy do domu – płakał”. Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił. Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarłszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie.

Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy. Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski. To towarzysząca ukraińskiej „powstańczej armii” tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań i rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.

Leżałem nieruchomo we krwi. Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru. Poruszyłem się. Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone. A więc żyję! Mój Boże!

Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Zwolna cichły głosy zwycięskich „żołnierzy” UPA. Słońce chyliło się ku zachodowi. Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja – żywy pośród zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy. Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy. Tuż na styku palącego się budynku a ogródka rozpoznałem głowę mojej starszej siostry Antoniny, tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia. Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody. O zgrozo. Studnia była pełna trupów.

Coś mnie przykuwało do tego miejsca zbrodni. Nie mogłem się ruszyć. Stałem tak ogarnięty zgrozą i rozpaczą, nie mogłem tego pojąć i do dziś pojąć nie mogę, jak ci ludzie mogli dokonać tak okrutnej zbrodni ? 


RELACJA ŚWIADKA ALEKSANDRA PRADUNA

Wieś Ostrówka położona była wzdłuż drogi od wschodu. Od strony Lubomia ku Głuszczy na zachodnie. Od strony wschodniej był dwór i las pański oraz państwowe byrki. Od południowo-wschodniej był też las pański i część zwana Kaznopołem. Od południa w odległości około trzech kilometrów znajdowała się wieś Nowy Jagodzin i Jankowce. Od strony północnej była wieś Wola Ostrowiecka. Między dwoma lasami w stronę Jagodzina była równinna ziemia orna.

W niedziele 29 sierpnia 1943 r. na mszy ksiądz Dobrzański przypomniał, że ktoś go poinformował, ze nasze polskie wioski mają być napadnięte przez „bulbowców”. Niektórzy z Woli Ostrowieckiej przyszli na noc do swych krewnych czy znajomych do Ostrówek. Była tam także z dziećmi moja ciotka z Jesiończaków, zwanych krukami, która zatrzymała się w drodze do Jagodzina. W poniedziałek 30 sierpnia 1943 r. o świcie zaczęła się strzelanina od strony leśnych ostępów. Ludzie w panice biegli w stronę Jagodzina, bliżej ku stacji kolejowej.

Strzelający długimi seriami z broni maszynowej wzięli w krzyżowy ogień uciekających równina ludzi. Chciano ich zatrzymać. O ucieczce nie było mowy. W tym samym czasie za wsią ukazali się na koniach jeźdźcy, którzy grzecznie zawracali uciekających. Uciekałem razem z mamą. Znaleźliśmy się w bruzdach ziemniaczanych około 400 metrów od budynków. Leżąc mówiliśmy, że gdy przestaną strzelać, to będziemy uciekać do Jagodzina. O tej porze żadnych zbóż nie było. Leżąc w tych bruzdach byliśmy widoczni dla bulbowców na koniach. Podjeżdżali i spędzali ludzi na zebranie do wsi. I oto jeden z nich podjeżdża do nas na białym koniu z karabinkiem w ręku i zawieszonymi na piersiach taśmami amunicji. Mówi do nas „ wstawajte i ne ucekajte. Idyte do sela. Tam bude sobranie”.

Wstaliśmy z mamą a on czekał, aż my pójdziemy do wsi.

Konni, jeżdżąc poza wsią, nie pozwalali uciekać ludziom w stronę Jagodzina. Zawracali na owe zebranie. Wracając z mamą do wsi, do domu, wyszliśmy na szosę, patrzymy, stoją grupki ludzi i radzą, co robić dalej. Nie wiedzą, co począć. Jedni mówili, że oni spędzą nas i wymordują, inni, że to niemożliwe, bo „bulbowcy” podchodzili i grzecznie zapraszali na zebranie do szkoły. Potem odchodzili, jakby nic nie miało się stać. Wróciliśmy z mamą na nasze podwórko. Tam stali Stach Kruków, mój wujek, ojciec i Józef Muzyka. Zaczęli się naradzać, co począć dalej. Za stodołą 200 metrów od budynków, na drodze, która prowadziła do Jagodzina, stała furmanka zaprzęgnięta w dwójkę koni. Na niej siedział furman, a obok przy karabinie maszynowym, zwanym po rosyjsku „maksim” siedziało dwóch „bulbowców”. Gdy usłyszałem rozmowę wujka i Muzyki z ojcem, zrozumiałem, że wujek ma karabin. Józef Muzyka namawiał wujka, żeby przyniósł karabin i jeśli się boi, to on weźmie karabin i podczołga się bruzdami kartofli ku bulbowcom i szybkim strzałem zlikwiduje trzech. Oni byli tak pewni siebie, że byłoby to dla nich pełnym zaskoczeniem. Muzyka mówił, że jak dobrze pójdzie, to pobiegniemy do cekaemu, furmanka stoi na miejscu, więc moglibyśmy uciec tą furmanką.

Gdy tak się naradzali, z szosy wiejskiej skręciło do nas dwóch „bulbowców”. Przyszli do nas na podwórko. Jeden zapytał mamę, czy może sobie wziąć makówek, które leżały na daszku szopy. Mama pozwoliła, więc on wziął parę makówek, podał drugiemu, podeszli do nas całkiem swobodnie, a broń wisiała na ramionach. Zapytali czego się boimy. Mówili, żeby się nie bać i iść do szkoły na zebranie. Maja ważne sprawy do powiedzenia; „pisla my pidemo rwaty na żelaznoj puti,” czyli zrywać tory kolejowe. Pogadali chwile i odeszli. Po odejściu bulbowców znów zaczęły się dyskusje, że można było tych trzech sprzątnąć, bo w pobliżu nie było nikogo z tej zgrai, a pod ręką były widły i siekiera. Trzeba było zabrać im broń, gdyż jeden z nich miał pistolet maszynowy, drugi karabin i byli pewni siebie, na pewno nie spodziewali się napaści. Jeśli tego nasi dokonali, poczuliby się pewniej. mając broń w ręku.

Nie było jednak jedności i zgrania. Niektórzy mówili, że może to naprawdę nic nie będzie złego. Nie słychać przecież, żeby kogoś zabili. Oni grzecznie obchodzą się ze wszystkimi – mówiono. Po tych rozmowach wszyscy przeszli się na swoje podwórka. Muzyka poszedł na swoje podwórze, wujek do swojego domu, ojciec poszedł do brata stryjecznego Łukasza Praduna. Ja z mamą zostaliśmy na podwórzu, potem poszliśmy do głównej drogi i zobaczyliśmy, że niektórzy ludzie idą do szkoły na zebranie. Inni zaczęli wchodzić do budynków i znikali. Zaczęli się chować, a bulbowcy wciąż chodzili po wsi i zapraszali na zebranie. Było to około godziny 9 i teraz już bardziej wyraźnie widać było, że stawali się natrętni. Jeśli dopadli kilkoro ludzi, to już nie pozostawiali, a zaczęli odprowadzać do szkoły, co zwróciło uwagę pozostałych, którzy zza opłotków patrzyli gdzieś z ukrycia. Wówczas zaczęli się chować, gdzie kto mógł. Ja prosiłem mamę, żeby wejść w mieszkaniu pod podłogę. Podłoga była tylko w komorze. W izbach mieszkalnych było klepisko. W komorach trzymano zboże i produkty żywnościowe, to musiał być przewiew i pod taka podłogą można było się zamaskować. Mama powiedziała, że jak się schowamy, to ojciec po przyjściu nie będzie wiedział, gdzie my się podzieliśmy i będzie nas szukał.

Ojciec nie wracał i pomyśleliśmy, że może zabrali go na zebranie, gdyż trudno było już chodzić po wsi. Bulbowcy zabierali ludzi siłą. Ojciec, Łukasz Pradun z żoną i dziećmi Antkiem, Felkiem i Jankiem ukryli się pod słomą. Bulbowcy potem szukali po budynkach i kłuli bagnetem w te słomę, tuż koło Janka. On chciał krzyczeć, ale zatkano mu usta i tak ocaleli. Bulbowcy po chwili odeszli. Stałem z mamą jeszcze chwilę i namawiałem, żeby się ukryć, ale mama powiedziała, że pójdziemy bliżej szkoły do ciotki Tresiukowej. No i co będzie ludziom, to i nam będzie. Miałem wówczas 13 lat, myślałem dobrze, ale musiałem słuchać mamy. I poszliśmy do ciotki.

Muszę trochę cofnąć się wstecz. W ten sierpniowy poniedziałkowy świt gdy usłyszano strzały, powstał popłoch. Ludzie zaczęli uciekać i kryć się. Pobiegł i mój brat mający wtedy 17 lat. Babcia i dziadek poszli do swojej córki a mojej cioci. Było do niej tylko przez miedzę. Ciotka Wikcia miała małe dziecko i nie chcieli, żeby była sama. Wujek Stasiek, mąż ciotki Wikci, został na drodze na wsi zatrzymany i zabrany do szkoły, bo bulbowców bardziej interesowali mężczyźni i dorosła młodzież.

Ja i mama poszliśmy do ciotki Tresiukowej. Nie było jej w domu, bo poszła do szkoły na zebranie, a do ich zabudowań nie wpuszczali. Były to zabudowania ściśle do siebie przylegające, zwarte w czworobok. Dwie stodoły, obora, szopa i duża brama kryta z desek. Był to tzw. okólnik. Wewnątrz był duży plac, można było zawracać furmanką. Jak się później okazało, bulbowcy to miejsce wybrali na miejsce kaźni.

Nie zastawszy ciotki, poszliśmy z mamą do szkoły. Na placu szkolnym było dużo spędzonych ludzi. Byli to przeważnie kobiety z dziećmi i staruszkowie. Mężczyźni i młodzież byli w szkole. Tych, których przyprowadzono, wpuszczano do środka, że środka zaś nie wypuszczano nikogo. Od szkoły też trudno było odejść, gdyż bubowcy pilnowali z każdej strony. Ludzie byli zdenerwowani i przestraszeni . Niektórzy próbowali ucieczki, niektórym się udało. Widziałem, jak ktoś przebiegał przez łąkę Klocową do zabudowań Dąbrowy, ale zaraz nastąpił strzał. Przerażeni ludzie zaczęli mówić, że został zabity jakiś mężczyzna i wówczas zrozumieli wszyscy, po co tu zostali zwołani. Był to pierwszy mord, dokonany na oczach ludzkich.

Na placu szkolnym zobaczyłem brata Staśka. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać podeszła do nas mama i zapytała, czy nie widział ojca. On powiedział, że przy szkole go nie widział. Mam powiedziała bratu, że ojciec poszedł do stryja i nie wie czy uciekł, czy go złapali. Zaczęliśmy z mamą namawiać brata do ucieczki, żeby uciekał i gdzieś się ukrył. W tym momencie zobaczyliśmy jak przez owa łączkę Kloca przechodził Czesiek Kuwałek, kolega brata. Szedł do zabudowań. I znowu ja i mama zaczęliśmy go namawiać, żeby się gdzieś skrył. Mama mówiła: patrz, Czesiek poszedł i nie było strzału, widocznie nie zauważyli. Idź wolno, jeśli zobaczą, to zawrócą. Brat nie wysłuchał naszych porad i próśb i poszedł do szkoły. Już go nie zobaczyliśmy.

Wokół szkoły zaczął się zaciskać pierścień z banderowców. Zaczęli siłą zapędzać mężczyzn i młodzieńców do szkoły, a kobiety, dzieci, staruszkowie pozostali na placu szkolnym. W tym momencie wyszła ze szkoły Pani Bladowa, mieszkająca w szkole, ze swym synkiem Czarkiem. Stanęła przed ludźmi i powiedziała te słowa: „ Ludzie, już wiemy, po co nas zwołali, więc klękajmy i módlmy się. Wszyscy poklękali i ona zaczęła pierwsza pieśń „ Pod twoją obronę.... Zaczęli wszyscy głośno śpiewać . Po krótkich modłach padł rozkaz przejścia z placu szkolnego w pobliże kościoła. Niektóre kobiety i dzieci zaczęły płakać. Droga z placu szkolnego do kościoła ( 150-200 metrów) wiodła ulicą poza szkołą koło organistówki, na cmentarz kościelny i do bramy kościoła. Była ona obstawiona z jednej i z drugiej strony przez bulbowców. Niektórzy z nich byli z psami. Trzymali wilczury na postrach i szczuli nimi ludzi trzymając je na smyczach. Psy rwały się, mocno szczekając. Ludzie zaczęli krzyczeć, bulbowcy się śmiali i wrzeszczeli „ beri lachiw”. Po drugiej stronie ulicy, za szkołą stała grupa chłopów, też bulbowców. Byli uzbrojeni w siekiery, pijani, śmiali się głośno. Musieli to być główni oprawcy. Starsi mówili, że to oni będą nas bić.

Kościół nasz był nieduży, drewniany, szalowany, kryty blachą. Kiedy zapędzono nas do kościoła, zamknięto za nami drzwi i nagle rozległy się wokół kościoła wybuchy jakby z granatu. To tez musiało być na postrach, bo do wnętrza kościoła nic się nie dostało. Ludzie zaczęli się modlić i śpiewać. Niektórzy włazili na chór i widziałem jak ktoś wszedł na strych poza sklepienie w kościele. Nie znam go, ale prawdopodobnie przeżył.

Ja też dobrze znałem obejścia w kościele, bo służyłem do mszy. Powiedziałem mamie, by odstawić płótno przy wielkim ołtarzu i tam się schować. Tam był grób z podobizną Pana Jezusa, dość obszerny, zmieściłby ze cztery osoby. Mówiłem, że odstawię płótno, pomału wejdziemy z kimś jeszcze i ktoś za nami zastawi to płótno; może w ten sposób ocalejemy. Mama powiedziała, że nie ma się gdzie w kościele ukryć, bo bulbowcy wszędzie znajdą. Nie posłuchała mojej propozycji. Powiedziała po raz drugi, że co będzie ludziom, to i nam. Ludzie modlili się i śpiewali. Zaczęli głośno mówić, co nas czeka. Tak przetrwali w kościele ponad godzinę do dwóch.

Naraz otworzyły się frontowe drzwi, ukazało się w nich paru bulbowców z wymierzoną w nas bronią i zapowiedzieli, że mamy wychodzić z kościoła i „ ne próbujte wtykaty”, bo jesteście obstawieni. Każdy kto zechce uciekać, zostanie rozstrzelany. Zaczęliśmy wychodzić i zobaczyliśmy, że ulica z kościoła do szkoły jest obstawiona jak poprzednio. Bulbowcy stali jeden przy drugim z bronią w ręku do strzału. Byli bardzo podenerwowani. Niektórzy pytali między sobą, gdzie oni nas popędzą i dlaczego tak pospiesznie. Nie było czasu na rozmyślania, bo popędzili nas. Doszliśmy do szkoły. W kilku miejscach zaczęła się palić wieś. Płonął okólnik, czyli ciotki zabudowania. Był on niedaleko szkoły. Ciotka była z nami, bo gdy ludzie zrozumieli co ich czeka, zaczęli się grupować rodzinnie. Chcieli być blisko siebie, razem. Wówczas ciotka powiedziała głośno do mamy, bo nie było już co ukrywać, że widziała, jak w ich zabudowaniach coś kopano. Powiedziała, że na pewno to dół dla chłopów, bo szkoła była pusta, drzwi pootwierane. Teraz podpalili, żeby śladu nie było i zaczęła mocno płakać. Mówiła do nas w głos, że jej syn, Janek Trusiak, zakopał się w słomie w stodole, a teraz żywcem się spali. Mama na to, żeby nie płakała, bo Janek już nie mały i może ucieknie. Ciotka zaś, że jeśli wyskoczy, to i tak go zabiją.

Na tym skończyły rozmawiać, bo zaczęli nas popędzać groblą, wysypaną drogą, która prowadziła koło cmentarza ku Woli Ostrowieckiej. Droga była obstawiona bulbowcami. Stali co kilkanaście metrów, jeden obok drugiego. Krzykiem i biciem popędzali nas do szybszego marszu. Gdy byliśmy na grobli, usłyszeliśmy strzelaninę od strony Borowy. Strzelano z broni maszynowej. Kule świszczały, jak rój pszczół ponad naszymi głowami. Słyszeliśmy wybuchy i wnet za nami około 200 metrów w Borku koło cmentarza, zaczęły się rwać pociski. Ludzie zaczęli mówić, że to chyba Niemcy. Ludzie się nie kryli, natomiast bulbowcy szli chyłkiem, niektórzy przypadli do ziemi i groźnie nawoływali do szybkiego marszu. Ludzie zobaczyli, że oni się boją tych strzałów więc mówią między sobą, żeby uciekać w stronę wsi. Mówili, że wszystkich nie wybiją, a gnać za nami nie będą, bo się boją. Kilkoro zawróciło. Byli to w większości starsi mężczyźni. Nie uszli daleko, bo zaraz padły strzały, a oni usunęli się na ziemię. Może ta ucieczka udałaby się (ze znaczna stratą ludzi), gdyby wszyscy naraz zawrócili i rozbiegli się po krzakach. Jednak było to niemożliwe, bo były prawie same kobiety po większej części z małymi dziećmi na rękach oraz staruszki. Cóż więc biedni mieliśmy począć. Zdaliśmy się na Łaskę Bożą. Wtenczas powiedziała ciotka i mama, że wymordowali Żydów, a teraz przyszła pora na nas. Mówiły „ my jak my, ale te dzieciątka, tylko żyć. Jakich czasów my doczekaliśmy, cóż my komu winni jesteśmy”. Ale na nic te wszystkie rozpacze były. Bulbowcy miotali się, wściekali, krzyczeli, popychali, bili, zmuszając do szybkiego marszu, ludzie znacznie zmniejszyli kroku, oglądając się na jakieś wybawienie ze strony tej strzelaniny.

Tuż przed cmentarzem droga wychodziła na wąwóz. Po obu jego stronach było wysokie piaszczyste wniesienie, które zasłaniało cały widok od strony zachodniej, skąd padały strzały. Gdy zrównaliśmy się z cmentarzem, niektórzy starsi nie chcieli iść dalej. Mówili : ” Wiemy, gdzie nas pędzą i co nas czeka. Lepiej tu zostać na cmentarzu, niż gdzieś w krzakach, żeby ptactwo roznosiło, cmentarz to zawsze miejsce poświęcone”. Po tych rozmowach kilkoro starszych wyszło z kolumny kierując się w stronę cmentarza. Starali się szybko przekroczyć bramę cmentarza. Padły strzały i padły trupy. Nie znam ich nazwisk i nie można się było dowiedzieć, gdyż bulbowcy zaczęli szaleć. Bijąc i wrzeszcząc zmuszali do szybkiego kroku.

Byłem naocznym świadkiem takiej strasznej sceny. Stary organista z mojej wsi szedł o krok od nas, trzymając pod rękę swoją żonę. Wystąpili z kolumny i powiedzieli, że dalej nie pójdą i tak nas wybiją, więc wolą tutaj na cmentarzu umrzeć. Byli o dwa kroki od bramy cmentarnej. Zdążyli tylko za bramę, padły strzały i oni oboje upadli. Widziałem jak konwulsyjnie wzdrygały się ich ciała. Widząc to wszystko kobiety i dzieci zaczęły płakać i krzyczeć z przerażenia. Na ten widok ścisnęło mnie w piersiach, zaschło w gardle. Nie mogłem słowa wykrztusić z siebie, ale nie płakałem.

Za cmentarzem skręciliśmy w krzaki w kierunku lasu Kukorawiec położonego na północny wschód od naszej wsi.

Ludzie poruszali się leniwie, ciągle popędzani do szybszego marszu. Mieli niektórzy nadzieję na wybawienie przez tych nieznanych Niemców. Im się jednak nie spieszyło. Jak się później okazało byli to Niemcy. Jechali niby na odsiecz zagrożonym przez bulbowców mieszkańcom wsi: Ostrówki, Wola Ostrowiecka i Jankowce, bo Kąty były już wymordowane. Zamiast jechać z Lubomia do Ostrówek (12 km), pojechali okrężną drogą, na Jagodzin, Wilczy Przewóz. Równo, Borowę, Ostrówki. Była to musztarda po obiedzie. Zobaczyli, że jeszcze są bulbowcy i nas pędzą, więc zaczęli strzelać. Strzelali na postrach, na ludziach im nie zależało. Zdążali do tego, aby ludzkie nacje skłócić, nabrać krów, świń, kur i gęsi.

Obejrzałem się za siebie parę razy. Bulbowcy z obstawy, leżący z bronią maszynową, zaczęli się wycofywać. Był to ostatni dzień sierpnia, piękny, ciepły i słoneczny, a jednocześnie dzień tragedii i rozpaczy. Popędzani szliśmy leniwie do przodu, bo już każdy wiedział, co z nami zrobią. Starsze kobiety, a nawet dzieci zrzucały z siebie cieplejsza odzież bo się męczyły. Wiedziały, że ona już nie będzie im potrzebna.

Za idącą kolumną ludzi, okrążoną gęsto przez bulbowców, pozostawała dość szeroka droga zmiętego łubinu, ziemniaków, traw, które były jeszcze o tej porze roku na polach, a na niej leżała rozrzucona odzież. Szliśmy na przełaj, z krzaków wychodziliśmy na pólka i odwrotnie. Bezustannie popędzani szliśmy do przodu.

Kiedy znaleźliśmy się w połowie drogi między cmentarzem a miejscem kaźni, zarządzono postój. Spędzano nas w jedna grupę. Starsi matki z dziećmi na ręku zaraz posiadali na ziemi, aby trochę odpocząć. Bulbowcy stali wkoło nas. Było ich gęsto i patrzyli na nas jak sępy na swą zdobycz. Broń trzymali gotowa do strzału. Niektórzy bulbowcy byli znajomi dla starszych. Pochodzili z Huszczy i Przykórki. Niektórzy pędzeni starsi ludzie znali ich, ich rodziców, więc zaczęli pytać, co z nami zrobią, dokąd nas pędzą i za chcą nas mordować. Patrzyli na nas jak wilki i odchodzili na bok. Jeden z bulbowców stał naprzeciw nas. Poznała go matka mego stryja, Łukasza Praduna. Według niej, był on z Przekórki. Zapytałą go po imieniu i nazwisku. (ale ja już nie pamiętam imienia i nazwiska) za co nas będziesz zabijać. Twoich rodziców dobrze znam, żyliśmy w zgodzie. Popatrzył na staruszkę chwilę, rozejrzał się nieznacznie i odpowiedział w te słowa: „ Ja was byty ne budu”. Staruszka rzekła „ale drudzy wybiją”, a on na to „ ta ja was nie znaju, ja toże muszu buty z nymi, takij rozkaz” i odszedł.

Postój był krótki, może 5 minut. Co zamierzali z nami zrobić: Prawdopodobnie wymordować nas na tym postoju, ale widocznie było im za blisko od wsi (około 2 km), a wciąż było słychać strzały pojedyncze i seryjne. Krzykiem kazano nam wstawać, zaczęli nas pędzić dalej, w stronę Sokoła, bliżej lasu Kukorawiec. Niewiele teraz znajdowało się pól ornych, a więcej krzaków i zarośli. Popędzani do szybkiego marszu szliśmy polem obsianym łubinem. Był on dość wysoki. Szliśmy razem: ja, matka, ciotka i parę innych osób. Nagle zauważyliśmy, że obok nas 1,5 m od nas leżał w łubinie młody chłopiec, o nazwisku Soroka (imienia nie pamiętam ). Starsi go znali, ja też z widzenia. Był on z Woli Ostrowieckiej. Uciekł ze wsi i uznał, że się dobrze ukrył. Kryjówka była dobra ale nasz przypadkowy kierunek nie ominął go. Leżąc na wznak w tym Łubinie położył palec na ustach i patrząc na nas przykazał aby się nie oglądać i nie patrzeć na niego. Obok gęsiego szli bulbowcy z obstawy. Ludzie, którzy go widzieli mówili po cichu innym, żeby się nie oglądali, że może Bóg da, chłopaka nie zauważą i przeżyje. My poszliśmy, a on pozostał.

Na nas pilnie patrzono, czy ktoś nie pozostaje lub nie przysiada, to natychmiast strzelali. Okazało się później, że nie zauważony siadał. Widziałem go jeden raz w Świerzach, zaraz po wyzwoleniu. Byłem u ojca i on mówił, że to on leżał, jak szliśmy przez Sokół.

Odeszliśmy od tego miejsca może kilometr, weszliśmy na niedużą polankę koło lasu, otoczoną z trzech stron olszyną. Tylko od wschodu było nieduże pole, na którym rósł łubin. Na tej polance znów nas zatrzymali, wśród bulbowców powstało ożywienie. Na zboczu stało kilku bulbowców lepiej ubranych. Mieli przy sobie krótką broń. Musiała to być starszyzna. Przez krótką chwilę radzili. Po tej naradzie postanowili dalej nas nie pędzić, a na tej polance nas wymordować. Tak też się stało.

Było nas tam dużo, bo to wszystkie kobiety z Ostrówek z dziećmi prawie do lat 15, kilku dziadków, a i z Woli Ostrowieckiej była znaczna część kobiet. Obstawieni byliśmy dość gęsto przez bulbowców. O ucieczce nie było mowy. Ludzie stali, niektórzy z dziećmi na ręku siedzieli bo było im ciężko je trzymać. Modlili się, bo było już wiadomo, że na tej polance nastąpi tragedia. Po krótkiej chwili padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie grubsza odzież. Krzyczeli, by wychodzić z gromady po dziesięć osób na środek polany. Początkowo nikt nie chciał dobrowolnie iść na śmierć, bo każdemu życie miłe. Powstał płacz, lamenty, prośby, błagania, aby nas puścili, bo my nic nikomu złego nie zrobiliśmy. Oni nawet nie słuchali, robili się coraz wściekli. Rzucili się jak dzikie bestie, jak mocno wygłodzone zwierzęta i zaczęli wyciągać z tłumu, kto się pod rękę nawinął. Odprowadzali na środek polany, kazali kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my żywi musieliśmy na te tragedię patrzeć. Patrzeć jak giną niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki, siostry, bracia, córki, synowie, bo byli wszyscy ze sobą spokrewnieni.

Trzeba nadmienić, że wieś Ostrówki i Wola Ostrowiecka były to wsie, gdzie mieszkali sami Polacy. Było parę rodzin żydowskich. W Ostrówkach byli to Berko, Moszko, Szajwoł. Niemcy ich wcześniej wymordowali, tylko Rubin, syn Berka, ukrywał się dłuższy czas, ale i on został złapany i rozstrzelał go Ukrainiec z Przykórki. Był on w policji i on też u nas w Borku rozstrzelał dwie Żydóweczki z Woli. Nazywaliśmy go Michałkiem, ale on nazywał się inaczej. Starsi wiedzieli.

Teraz bulbowcy rzucili się wszyscy. Było im widocznie pilno, bo każdy odrywał z grupy parę osób o rozstrzeliwał. Na środku polany. Ludzie lamentując żegnali się ze sobą na wieczność. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami. Tak odchodzili z tego świata na wieczność. Ja, mama, ciotka i bliżsi znajomi byliśmy razem w grupie, wciąż odciągając moment rozstania się z tym światem. Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie. Zranieni śmiertelnie podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy, popędzonej na miejsce kaźni po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia i zaczęła mocno krzyczeć: mamo, ale matka już nie żyła. Widząc to bulbacha podniósł karabin i strzelił w nią. Trafił ale nieśmiertelnie. Dziewczynka upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany bulbowiec podbiegł do niej i dobił ja kolbą karabinu. Ludzie na ten widok odwracali się z płaczem.

I tak grupę po grupie wyciągano i zabijano. Tworzył się duży krąg, gdyż kazano kłaść jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo głośniej krzycząc szybko wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów.

Matka, ja, ciotka Trusiak byliśmy razem, moja babcia i ciotka Wikta z małym dzieckiem. Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, po co mają nas szarpać i tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się ze sobą i najbliższymi. Z płaczem i okropnym żalem, że trzeba pożegnać się z tym światem, oddaliśmy się w ręce oprawców. Popędzono nas na miejsce kaźni. Poszło nas dziesięcioro na pobojowisko. Bulbowcy, jak dzikie bestie, krzyczeli „lachajte lachy chutko” (szybko kładźcie się Polacy). Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie, płakała i mówiła jakby do siebie: tyle dzieci wybijają, cóż one są winne. Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem się zupełnie nieswój, obojętny z tego przestrachu. Kładąc się obok siebie, półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję, ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec „ niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Padły strzały z lewej i z prawej strony. Ja z tej grupy leżałem prawie w samy środku. Strzały zaczęły zbliżać się do mnie. Żal mi się mocno zrobiło, pomyślałem, że mam dopiero 13 lat, sama radość życia, taki piękny świat, a tu za chwilę czeka śmierć i już nigdy nie ujrzysz jasności: czy poczuję ból? Bliziutko padł strzał, bo poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, słyszałem mocne charczenie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że we mnie wszystko ustaje. Następny strzał pada w mamę. Ziemia rozbryzguje się po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku, ku lewemu policzkowi. Słyszę charczenie raptowny skurcz ciała. Poczułem, że mamy ręka przyciska mnie mocniej do siebie, potem ciało zaczęło się rozluźniać, bo ręka mamy zaczęła słabnąć łagodnie i tak pozostała bez ruchu. Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie charczenie ale to już z prawej strony. Z biciem serca oczekiwałem na następny strzał, strzał we mnie, ale i ten usłyszałem nieco dalej i jeszcze jeden o kilka ciał dalej. Po tej krótkiej scenie mordu zapadła krótka cisza i nagle znów słyszę jak układają się w naszych nogach następne ofiary, płaczące i rozpaczające. Kiedy znów usłyszałem wystrzały z tyłu zacząłem w duchu modlić się i prosić Boga o przeżycie tych potworności.

Krótko to trwało, bo rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy miedzy trupami, słyszałem lamenty, błagania, pisk zabijanych dzieci, myślałem, że nie wytrzymam, że zerwę się i będę uciekał, ale po chwili znów przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, zabiją na miejscu.

W czasie układania się na pobojowisku nikt nie wybierał sobie miejsca. Kładł się gdzie popadło. Ja też się tak położyłem i leżąc tak wśród trupów poczułem nagle, że wciska mi się wysokość żołądka zmurszały pniaczek. Najgorsze było to, że znajdowały się w nim czerwone mrówki. Pień uciskał tak dokuczliwie, że zaczęło mi brakować powietrza. Mrówki rozlazły się po twarzy. Zamknąłem usta, zacisnąłem powieki, ale po chwili otworzyłem usta i nabrałem powietrza i znów zamknąłem, żeby nie nalazło mrówek. Nie mogłem głęboko oddychać, bo to zdradziłoby mnie. Myślałem, że nie wytrzymam: brak normalnego oddechu, mrówki i okropny strach przed śmiercią. Gehenna. Instynkt nakazywał, żeby najmniejszym poruszeniem nie zdradzić siebie. Leżałem, cierpiałem i słuchałem, co się wokół dzieje. Trwało to około godziny. Naraz ustały krzyki i płacz. Strzały były rzadkie. Od czasu do czasu padał strzał, rozmawiali między sobą głośno: „...o dywyna, o tamtoj szcze żywe, dobej”. Ja leżałem w tym pobojowisku i prosiłem Boga, aby mnie nie wykryto. Po chwili nastała cisza, tylko jakiś bulbowiec zawołał: „ no chłopa idemo, od dywyte, tut morda polska leżyt”. Zaczęło się ożywienie między nimi. Zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tej strony odgłosy.

Leżałem dłuższą chwilę. Była grobowa cisza, bo nawet ptactwo odstraszone strzałami, nie dawało żadnego głosu. Leżąc między trupami myślałem, że wszyscy są wybici i gdzie ja teraz pójdę i jak długo tu będę leżał. Chciałem wstać i uciekać. Bałem się, bo jeśli oni z ukrycia patrzą, czy ktoś nie wstaje. Wtedy czeka mnie tylko śmierć. Leżałem dalej, a mrówki gryzły po całym ciele. Upłynęło około pół godziny. Nadal była niczym nie zakłócona cisza. Podjąłem decyzję. Postanowiłem ostrożnie podnieść głowę i spojrzeć przed siebie, co się dzieje na placu zbrodni. Ostrożnie uniosłem głowę i zobaczyłem, że jakaś starsza kobieta ucieka z tego strasznego miejsca w pobliskie krzaki. Opuściłem głowę z powrotem i słuchałem, czy nie będą strzelać, ale nadal była cisza. Leżałem jeszcze chwilę i postanowiłem wstać i uciekać w krzaki, bo jeśli nie strzelano za tamtą kobietą, to znaczy, że oni wszyscy poszli.

Po raz drugi pomalutku podniosłem głowę, spojrzałem po trupach i zobaczyłem, jak wstaje kobieta z dwojgiem dzieci. Złapała dziewczynkę i chłopczyka za rączki i uciekła w krzaki. Znów opuściłem głowę, leżałem i słuchałem, czy nikt nie będzie strzelał. Nadal była cisza. Po raz trzeci podniosłem głowę i popatrzyłem na mamę i ciotkę. Leżały martwe. Mama miała oderwany kawałek czaszki, aż mózg wyrzuciło. To właśnie mózg rozlał mi się po karku i po twarzy. Bóg zaślepił ich wzrok, bo zobaczywszy mnie zalanego krwią i mózgiem pomyśleli, że jestem zabity.

Uniosłem się nieco wyżej i powiedziałem półgłosem : „kto żywy niech ucieka”. Poderwałem się i odbiegłem około 50 metrów od pobojowiska w łubin. Położyłem się z brzegu, tak, aby nie być widocznym i zacząłem rozglądać się po polanie i po trupach, czy ktoś nie poderwie się do ucieczki. Widzę, że ktoś wstaje i biegnie w moją stronę, do tego łubinu. Poznaję. Jest to mój brat cioteczny Paweł Jasieńczak. Podniosłem się nieco i zacząłem machać ręką, aby biegł do mnie. Przebiegł, położył się obok mnie. Widzimy, że znowu jakaś kobieta z dzieckiem podbiega do zarośli. My natomiast zaczęliśmy się ostrożnie czołgać tym łubinem w stronę krzaków. Gdy biliśmy parę kroków od nich, szybko tam wskoczyliśmy.

W tych krzakach spotkaliśmy te kobietę, która wcześniej zbiegła z dwojgiem dzieci. Dołączyliśmy do niej . Płakała i mówiła, jak sobie poradzi z dwójką malutkich dzieci. Chłopak był nieco starszy od dziewczynki. Powiedziałem do niej, że jakoś musimy dostać się do Jagodzina. Dodałem, że z pobojowiska wyszła ranna w głowę Janina Kuwałek, obecnie Martosińska.

Mówiła, że ciotka Wikta też była ranna i prosiła o pomoc Jankę, ale Janka jej rzekła : „cóż ja ci pomogę, ja sama ledwo co żyję”. Pomogła jej wstać, ale nie dały rady. Tak moja ciotka bez pomocy, z dala od ludzi, umarła.

Wzięliśmy dzieci. Ja jedno, Paweł drugie na plecy i zaczęliśmy powoli i ostrożnie iść w stronę Jagodzina. Idąc dotarliśmy do swojej wsi, Ostrówek.

Byliśmy w krzakach i rozglądaliśmy się, co się dzieje. Przed nami było piaszczyste pasmo, z rzadka porośnięte jałowcem, zwane borowiną. Zobaczyłem, jak od strony wsi między tymi jałowcami szybko szedł mężczyzna niosąc cos na plecach. Kierował się w stronę Sokoła. Musiał to być Ukrainiec, który przyszedł po łup. Cofnęliśmy się głębiej w krzaki i patrzyliśmy, czy ich więcej nie ma. Nie było nikogo. Tamten szybko odszedł.

Poczekaliśmy chwilę i zaczęliśmy ostrożnie, od krzaka do krzaka, pokonywać ten odkryty teren. Zbliżaliśmy się do zarośli położonych bliżej wsi, do Borku. Szczęśliwie doszliśmy do niego, przeszliśmy w poprzek i na skraju zatrzymaliśmy się. Byliśmy ukryci w gęstych krzakach, widzieliśmy wieś i okolice. Wieś częściowo paliła się. Wokół była pustka, tylko psy strasznie wyły, wszędzie chodziły krowy i konie. Ja i Paweł zwróciliśmy się do kobiety i mówimy, żeby zaczekała w tych zaroślach, a my pójdziemy bliżej do wsi i zobaczymy, jaka jest sytuacja, czy kogoś nie ma we wsi, byliśmy od wsi około 500 metrów od strony Lubomia, Jeśli będzie wszystko dobrze to wrócimy i pójdziemy wszyscy razem. Jeżeli ktoś by strzelił czy pędził za nami niech się dobrze ukryje i nakaże dzieciom ciszę, a my będziemy uciekać w przeciwnym kierunku. Ostrożnie doszliśmy do skraju lasu, rozejrzeliśmy się dokładnie, spojrzeliśmy jeden na drugiego i rzekłem do Pawła: „ słuchaj, idziemy ale nie razem. Ja pójdę pierwszy, ty zostań i pilnie wokół patrz. Jeżeli coś zobaczysz, krótko gwizdnij, to ja upadnę i się skryję. Jeżeli ktoś będzie biegł w moim kierunku, krzykniesz i uciekaj,, ja też zawrócę. Jeżeli będzie cisza i spokój, to ja pobiegnę ze 100 m i się położę. Będę obserwował, a ty za mną chyłkiem dobiegniesz i się tez położysz. Teraz znowu ty będziesz obserwował, a ja będę biegł w stronę wsi. I tak na zmianę”.

Uścisnęliśmy sobie ręce, spojrzeliśmy w twarze i bez słowa wyszedłem z ukrycia. Rozejrzałem się wokół i chyłkiem zacząłem iść ku wsi. Biegłem i rozglądałem się. Nie słysząc żadnego ostrzeżenia, biegłem dalej. Przebiegłem prawie pół odległości do wsi i dopiero się położyłem. Leżąc popatrzyłem dokładnie przed siebie w lewo i w prawo. Spokój i cisza, tylko niektóre zabudowania palą się i psy wyją. Słyszę, jak Paweł zbliża się do mnie, dobiega i kładzie się obok. Przez chwilę dokładnie obserwowaliśmy zabudowania, budynek po budynku, czy nie widać jakiegoś zamieszania. Nadal było spokojnie, żadnego śladu życia. Poleżeliśmy chwilę i mówię do Pawła, żeby dobrze obserwował teren, a ja pobiegnę aż do zabudowań: przy nich poczekam na niego, ale najpierw się rozejrzę i dam mu znać ręką.

Poderwałem się i chyłkiem szybko pobiegłem aż pod zabudowania i upadłem.

Z bijącym jak młot sercem nadsłuchiwałem, czy nie słychać rozmów, szmerów. Nic grobowa cisza. Tylko trzask ognie i spadające opalone bale.

Wstałem, oparłem się plecami o ścianę stodoły i machnąłem parę razy w kierunku Pawła. Poderwał się i dobiegł do mnie. Kucnęliśmy i przez chwilę obaj nasłuchiwaliśmy. Krótka narada po cichutku, że Paweł pójdzie poza budynkami z jednej strony, ja z drugiej w stronę drogi, która biegła przez środek wsi. Chcieliśmy zobaczyć co się dzieje we wsi i po drugiej stronie w zabudowaniach. W rowie przy trakcie mieliśmy poczekać jeden na drugiego.

Rozeszliśmy się. Szliśmy koło ścian i płotów w kierunku traktu, cichutko i ostrożnie, bacznie nasłuchując i rozglądając się wokół siebie. Szczęśliwie dotarliśmy do rowu, przykucnęliśmy w nim i zaczęliśmy obserwować wzdłuż wsi i poza budynkami, czy ktoś się nie kręci. Nie było widać nikogo, tylko niektóre budynki dopalały się, na drodze leżało parę trupów i psy żałośnie wyły. Chwilę jeszcze rozglądaliśmy się. Cisza i spokój. Postanowiliśmy wrócić do kobiety wziąć dzieci i uciekać razem do Jagodzina.

Wyskoczyliśmy z rowu i pochyleni szybko biegliśmy koiło zabudowań w kierunku Borku, do zarośli. Kobieta tak się ukryła, że musieliśmy po cichu wołać. Odezwała się, doszliśmy do niej i opowiedzieliśmy, co widzieliśmy we wsi. Ona powiedziała do nas „chłopcy uciekajmy stąd, póki nie ma nikogo”. Tak też się stało. Paweł wziął, nie pamiętam już chłopaka czy dziewczynkę. Zabraliśmy je na plecy. Kazaliśmy im dobrze trzymać się za szyję i wyszliśmy z krzaków. rozejrzeliśmy się i w odstępach kilkunastu kroków szliśmy gęsiego. Szybko ruszyliśmy ku wsi. Kobieta powiedziała do nas, żebyśmy minęli wieś i poszli między Samotnią i Szuszkiem. Samotnią było zwane zabudowanie, które stało nieco dalej od wsi na rozdrożu. Szuszko, to gospodarz mieszkający na początku wsi. Tą luką szliśmy w stronę Jagodzina. Kiedy minęliśmy wieś i zbliżaliśmy się do łąki-pastwiska zwanego Brzeziną, ujrzeliśmy, że jakiś mężczyzna idzie w naszym kierunku. Był jeszcze daleko. Stanęliśmy jak wryci i pomyśleliśmy, że może to bulbowiec. Mieliśmy już uciekać do Borku, ale on się szybko zorientował, że my się boimy, a widząc kobietę, dzieci malutkie i nas niezbyt wyrośniętych zaczął dawać ręką znaki i nawoływać, żeby się nie bać i iść do niego. Ruszyliśmy pomału w jego stronę. Powiedzieliśmy sobie, że to na pewno ktoś kto ocalał, bo jeśli byłby to bulbowiec, to pędziłby za nami.

Zbliżyliśmy się do siebie i kiedy dzieliła nas już odległość około 200 m poznałem, że był to Muzyka Józef, mój sąsiad, ten, o którym wspominałem na wstępie. Po chwili on nas też rozpoznał i zaczął biec do nas. Spotkaliśmy się na łące, zwanej Brzeziną, położonej za wsią na wysokości dworu Kończewskich w stronę Jagodzina.

Kiedy dopadł nas, płakał i pytał, czy idziemy od strony Sokoła. Powiedzieliśmy, że tak. Pytał mnie, czy nie widziałem jego żony i dzieci, bo on ich ukrył w lochu po ziemniakach, zamaskował, a sam czołgając się do swej kolonii położonej koło Strycharza niedaleko Pietrówki, niedaleko do Nowego Jagodzina cudem ocalał, a teraz idzie po nich. Powiedziałem, że nie ma po co iść, bo oni są wybici. Widziałem ich na placu szkolnym, w kościele i na polanie, gdzie zabijano nas. Jego żona była z córką Grażyną i chłopczykiem (nie pamiętam jak miał na imię). Kiedy wszystko opowiedziałem mu o jego rodzinie, wziął twarz w dłonie i zaczął głośno płakać, a my razem z nim. Po krótkiej chwili opuścił ręce i spojrzał na mnie. Powiedział: „ Oleś, twój ojciec żyje i twój stryj Łukasz z żoną i dziećmi: Felkiem, Antkiem i Jankiem. Wszyscy tuśmy pół godziny temu stali i rozmawiali. Oni poszli do Jagodzina, a ja szedłem po żonę i dzieci”.

Tak staliśmy chwilę i nagle widzimy, że od dworu Kończewskich jedzie kilka furmanek, a obok nich gęsiego sporo mężczyzn. Już mieliśmy uciekać, ale Muzyka powiedział, żebyśmy się nie bali, bo to Polacy z Jagodzina jadą do Ostrówek. Było to jednak już za późno. Jeszcze chwilę patrzyliśmy na nich jak wjeżdżali do wsi. Konie i krowy chodziły po polach.

Po chwili rzekł Muzyka do mnie „Jak mówisz, to już nie pójdę po nich”, idziemy razem do Jagodzina. Ruszyliśmy w drogę. Zaszliśmy tam pod wieczór. Wstąpiliśmy do domu blisko stacji kolejowej. Poprosiliśmy gospodarza (nazwiska nie znam, bo nie pytaliśmy), aby dał nam coś zjeść, a jeśli nie mają, to chociaż dzieciom. Kobieta wyłożyła duży gar gotowanych ziemniaków i podała jakiś żur. Było u nich sporo ludzi z Jankowiec, ci którzy uciekli przed bulbowcami. Trochę głód przegnaliśmy, i gdzie kto mógł odpoczywaliśmy.

Ludzie z Jagodzina wypytywali nas, jakim cudem ocaleliśmy i co widzieliśmy, ale jakoś nie było chęci do rozmowy. Za jaką godzinę przyszli do tego domu mój stryj Łukasz, ciotka, Felek, Antek i Janek. Przywitaliśmy się z płaczem i stryj mówi, że mój ojciec wie, że ja żyję i mnie szuka. Ktoś powiedział, ze ja poszedłem do Rymacz, więc on też tam poszedł, ale mam nigdzie nie odchodzić, bo on ma tutaj przyjść, do tych ludzi, u których teraz byliśmy. Tak się umówił ze stryjem.

Po godzinie zobaczyłem się z ojcem. Jakie to było spotkanie, każdy może sobie wyobrazić. Wieczorem przyjechali z Ostrówek ludzie z samoobrony (z Jagodzina i z Rymacz) i przywieźli spod Sokoła żonę Kalety i mamę Pawła. Były one trafione w szyję a ustami wyszły kule. Jeszcze żyły, ale w drodze zmarły. Przywieźli jeszcze chłopaka, którego wyciągnęli z dołu. Był on raniony siekierą. Kaleta pochował swoją żonę na cmentarzu w Rymczach, a Paweł swoja mamę, a moją wujenkę pochował przy torze z lewej strony stacji kolejowej. Obaj wykopaliśmy dół a ludzie włożyli ją do dołu. Usypaliśmy mogiłkę, postawiliśmy naprędce zrobiony krzyż. Pożegnaliśmy wujenkę i poszliśmy na nocleg.

Było to już przy stacji kolejowej, bo każdy bał się iść dalej, aby bulbowcy nie napadli w nocy. Stacja była usypana wałem ziemnym i Niemcy pełnili cała dobę wartę. Nocą pełnili wartę starsi i młodzież, spały tylko dzieci. Rano starsi poszli do Niemców prosić, żeby pozwolili zabrać się nam węglarkach pociągiem do Dorohuska. Niemcy odpędzili nas od pustych wagonów wracających z frontu wschodniego. Pamiętam, jak pociąg wjechał na stację i ludzie zaczęli włazić do wagonów. Nazbierało się ich już sporo, tych niedobitków. Niemcy stanęli w rozkroku i skierowali do nas pistolety maszynowe. Krzyczeli „raus verfluchte” i odganiali od pociągu. Jeden z mechaników, a była to drużyna polska, podszedł do nas nieznacznie i po cichu powiedział, żebyśmy nie stali tutaj, bo i tak nie pozwolą nam wejść. Mamy iść wzdłuż torów w stronę Bugu, a on odjedzie parę kilometrów od stacji i zatrzyma pociąg. Wtedy mamy wsiadać do węglarek i cichutko siedzieć, bo na Bugu jest kontrola, ale tylko parowozu. Ten mechanik był Polakiem.

Zrobiliśmy tak, jak nam kazał. Poszliśmy ponad torem. Po jakimś czasie usłyszeliśmy gwizd pociągu. Ruszył ze stacji. Odeszliśmy jakieś trzy kilometry, podjechał do nas, zatrzymał pociąg, powsiadaliśmy, pociąg ruszył w kierunku Bugu. Tam Niemcy zatrzymali pociąg, głośno rozmawiali, ale do wagonów nie zaglądali. Po chwili pociąg ruszył i szczęśliwie dojechaliśmy do Dorohuska. Pociąg zajechał trochę dalej za stację i tam się zatrzymał. Mechanik zawołał, żebyśmy wysiadali pomału i szli w stronę osady. Wysiedliśmy z wagonów i małymi grupkami szliśmy do osady Dorohusk.

W osadzie zatrzymali nas granatowi policjanci, Polacy i zaczęli nas rozpytywać o wszystko. Starsi opowiadali, co się stało. Po chwili podszedł do nas Niemiec w żółtym ubraniu ze swastyką na rękawie. Potem dowiedziałem się, że był to dowódca Hitlerjugend. Gdy go granatowi zobaczyli idącego w naszą stronę, kazali nam dużo nie mówić, bo tu jest dużo Ukraińców i może być niedobrze. Przyszedł do nas, porozmawiał (umiał trochę po polsku) i poszedł.

Ktoś powiedział, żebyśmy szli do szkoły. Poszliśmy. Tam zeszli się prawie wszyscy, którzy przyjechali. Odstąpiono nam jedną salę. Przyszli ludzie z Dorohuska, przyszedł ksiądz Suprun i zaczęli o wszystko wypytywać. Piekarnia była obok, więc zorganizowano nam świeży chleb i czarną kawę. Było to wszystko bardzo dobre. Pod wieczór przyszło paru Niemców. Jeden był starszym stopniem. Popatrzyli na nas, porozmawiali miedzy sobą. Po chwili przyszedł ksiądz. On umiał po niemiecku. Porozmawiał trochę z tym oficerem. Niemcy poszli, a ksiądz powiedział do ludzi, że trzeba szkołę opuścić do jutra, jeśli nie, to zabiorą nas do obozu. Ksiądz zwrócił się do ludzi z Dorohuska, aby zabrali nas do siebie, ile kto może, choć na krótki czas, a potem jakoś się ułoży. Zaczęli zgłaszać się chętni i do zmroku rozeszliśmy się. Mnie i ojca zabrali państwo Grabowscy. On prowadził restaurację, ona była nauczycielką. Tam byłem przez tydzień. Grabowska miała dom letniskowy, wynajęty u Kuźmiuka. Tam nieraz chodziłem i tam poznałem Łukaszczuków. Łukaszczukowa poprosiła Grabowską, abym u nich został. Pani Grabowska zgodziła się. I tak u Łukaszczuka pozostałem do wyzwolenia.


DODATEK - opracował Jarosław Chruścicki, luty 2008.

Z Księgi parafian będących u spowiedzi (wielkanocnej) rzymskokatolickiej parafii Ostrówki.Wołyńskiej Guberni, włodzimierskiego powiatu za 1907 rok.

1

BAGNIUK Jan (chłop) (wdowiec) lat 74, dzieci: Franciszek lat 38, żona Marianna z Bednarzów lat 37, dzieci: Julia lat 14, Wojciech lat 24 –żona Anastazja z Kawałków lat 22 (z Ostrówek), dzieci: Jan lat 3, Jadwiga lat 2.

2

BARTNICZUK Jan (chłop) lat 44, zona Karolina z Lup(b)czyńskich lat 40, dzieci: Marian lat 22, Mikołaj lat 11 „Mucha”, Anastazja lat 17, Marianna lat 14, Stanisława lat 7, Stanisław lat 3 „Komunisty”, Stefan lat 1 „Panek”. (w oryginale nr 34 powtórzony).

3

BARTNICZUK Piotr (chłop) lat 65, żona Marianna z Leszczów lat 48, dzieci: Antonina lat 9, Rozalia lat 5 (wyjechała do Rosji w 1914r.) syn jego z I małżeństwa Stanisław lat 26, żona Marianna z Muzyków lat 24, córka Barbara lat 1.

4

BEDNARZ Jan (chłop) lat 31, żona Marcelina z Palców lat 28, dzieci: Rozalia lat 5, Stanisław lat 3 (ojciec Jana, Gustawa, Teresy).

5

BEDNARZ Marian (chłop) (wdowiec) lat 62. Stanisław Walczak lat 19. Antoni Walczak lat 25 „Bebka”- żona Karolina z Wawrzyków lat 25, syn Aleksander lat 1.

6

BEDNARZ Piotr (chłop) lat 67, żona Julia z Krzeszowskich lat 47, dzieci: Paweł lat 14 „Pawluk”, Wiktoria lat 12, Józefa lat 10, Jadwiga lat 6, Franciszka lat 5; syn z I małżeństwa Tomasz lat 27; syn z I małżeństwa Grzegorz Grzywna lat 21.

7

CHUDZIAK Mikołaj (chłop) lat 31, żona Katarzyna z Pawliczuków lat 31, dzieci: Marianna lat 7, Anastazja lat 6, Karolina lat 1. Dominik Chudziak lat 21.

8

CHUDZIAK Tomasz (chłop) lat 39, żona Anastazja z Bednarzów lat 35. Józef Chudziak lat 29 „Wawrzynki”-bezdzietny, żona Anastazja z Banachiewiczów lat 29. Tekla z Bednarczuków Chudziak (wdowa) lat 38, syn Mikołaj z Jarczuków (z I małżeństwa) lat 17.

9

DZIURJAN Michał (chłop) lat 32 (z Jankowiec), żona Anna z Ruckich lat 30, dzieci: Józef lat 8, Tekla lat 7, Marianna lat 3; z I małżeństwa: Jan lat 18, Karolina lat 15.

10

GIEDZ (Giec) Antoni lat 45, zona Katarzyna ze Szwedów lat 44, dzieci: Julian lat 14 (kawaler), Wiktoria lat 13, Jan lat 29 „Miśków Jaśko”–żona Franciszka z Kozaczków lat 2 (z Okop), córka Agnieszka lat 3.

11

GIEDZ (Giec) Jan (chłop) lat 50, żona Karolina z Trusiuków lat 48. Tomasz Kudan lat 25, żona Jadwiga z Pogorzelców lat 21 „Perechody”, syn Antoni lat 3. Stefan Giedz (Giec) lat 42, żona Zofia z Kowalskich lat 28, dzieci: Feliksa lat 2, Karolina lat 1; dzieci jego z I małżeństwa Maria lat 10.

12

GIEDZ (Giec) Ludwik (chłop) (wdowiec) lat 38, dzieci: Stanisław lat 22-żona Karolina z Trusiuków lat 21. Brat Łukasz lat 20.

13

GIEDZ (Giec) Paweł lat 56, żona Katarzyna z Bartniczuków lat 54, dzieci: Wiktor lat 20, Józef lat 11, mikołaj lat 29 –żona Ludwika z Hołyszów lat 25 (z Jagodzina), córka Rozalia lat 1.

14

HAJDAMACZUK Kajetan (chłop) lat 58 „Matyse”, żona Helena z Trusiuków lat 56, dzieci: Wojciech lat 20, Katarzyna lat 18.

15

HAJDAMACZUK Stefan lat 35, żona Karolina z Palców lat 32, dzieci: Jan lat 13, Łukasz lat 10, Agnieszka lat 1.

16

HAJDAMACZUK z Łysiaków Anna (wdowa) lat 60, dzieci: Michał lat 21, Ewa lat 31, Paweł lat 28 –żona Karolina z Trusów lat 27, dzieci: Franciszek lat 6, Anastazja lat 4.

17

HARMATA Józef (chłop) lat 54, żona Agnieszka z Romaniuków lat 36 (z Jagodzina), dzieci: Andrzej lat 7, Rozalia lat 4; dzieci z I małżeństwa: Jan lat 28, Stanisław lat 24, Julianna lat 18.

18

HARMATA Łukasz (chłop) lat 36, żona Anna z Suszków lat 33 (z Kątów?), dzieci: Karolina lat 12, Aniela lat 6, Wiktoria lat 3. Tomasz Harmata lat 28, żona Marianna z Bagniuków lat 28 (z Kątów?), dzieci: Agnieszka lat 6, Stanisław lat 3. Michał Harmata lat 23.

19

HARMATA z Bródków Franciszka (wdowa) lat 35, dzieci: Józef lat 14, Mikołaj lat 13, Marcelina lat 12.

20

JESIONCZAK Franciszek (chłop) lat 33, żona Antonina z Duchnickich lat 32 (z Opalina), dzieci: Franciszka lat 10 „Chadzaj”, Jakub lat 9, Katarzyna lat 5. Łukasz Ulewicz lat 17 „Kudany”- żona Agnieszka z Jesionczaków lat 45, dzieci: Stanisław lat 13, Jan lat 24- żona Ludwika z Kudanów lat 23, syn Antoni lat 3.

21

JESIONCZAK Jan (chłop) lat 42, żona Marianna z Morcisiów lat 42, dzieci: Paweł lat 13, Anastazja lat 5. Łukasz Jesionczak lat 38- żona Józefa z Wawrzyków lat 35, dzieci: Andrzej lat 10, Karolina lat 3. Katarzyna Kloc-Jesionczak (wdowa) lat 73.

22

JESIONCZAK Konstanty (chłop) (wdowiec) lat 40, dzieci: Jan lat 20, Józef lat 13, Piotr lat 11, Franciszek lat 8. Józef Grabowski lat 16.

23

JESIONCZAK Łukasz (chłop) (wdowiec) lat 68. Paweł Jesionczak lat 41, żona Marianna z Dziurjanów lat 41, syn Jan lat 21-żona Agnieszka z Trusiuków lat 20.

24

JESIONCZAK Michał (chłop) lat 37, żona Marianna z Laskowskich lat 35, dzieci: Franciszka lat 14, Anastazja lat 12, Marianna lat 8. Katarzyna z Chudziaków Jesionczak (wdowa) lat 62.

25

JESIONCZAK Wincenty (chłop) lat 26, żona Karolina ze Stachniuków lat 25, córka Józefa lat 3. Katarzyna ze Stachniuków (wdowa) lat 47, syn Józef lat 10.

26

JESIONEK Andrzej (chłop) (wdowiec) lat 56, dzieci: Antoni lat 28 „Kozły”–żona Paulina z Majewskich lat 27 (z Opalina); Stefan lat 24-żona Agnieszka z Hajdamaczuków lat 21; Paweł Jesionek lat 25.

27

JESIONEK Jan (chłop) lat 31, żona Marianna z Pradunów lat 28, dzieci: Stanisław lat 5, Bronisław lat 4, Agnieszka lat 3. Antoni Jesionek lat 25, żona Anastazja z Bagniuków lat 21, córka Władysława lat 1. Seweryna ze Smulskich Jesionek (wdowa) lat 54, dzieci: Magdalena lat 14, Karolina lat 12.

28

JESIONEK Jan lat 39, zona Jadwiga z Pogorzelców lat 40, dzieci: Wojciech lat 14, Rozalia lat 17, Karolina lat 8, Jan lat 5, Marcelina lat 3, Aleksander lat 2.

29

JESIONEK Michał (chłop) lat 34, żona Marcelina z Graczów lat 34, dzieci: Aniela lat 7, Anastazja lat 5, Agnieszka lat 1.

30

JESIONEK Mikołaj (chłop) lat 41, żona Marianna z Konopków lat 43 (z Opalina), dzieci: Jan lat 18, Paweł lat 14, Stanisław lat 13, Rozalia lat 7. Marianna Jesionek lat 52, siostra Anna lat 47, Katarzyna lat 29.

31

JESIONEK Paweł (chłop) lat 56, żona Anastazja z Podstawskich lat 55, dzieci: Jan lat 15, Łukasz lat 25 „Misieńki”–żona Anastazja z Łysiaków lat 22 (z Ostrówek), dzieci: Wojciech lat 4, Karolina lat 1.

32

JESIONEK Stanisław (chłop) lat 52, żona Agnieszka z Wasiuków lat 51, dzieci: Józef lat 23 „Kusy”, Wojciech lat 21 „Sobki”, Jan lat 11, Marianna lat 18, Aleksandra lat 13.; Paweł Jesionek lat 25 –żona Józefa z Waleczków lat 21.

33

JESIONEK Wiktor (chłop) (wdowiec) lat 62, dzieci: Józef lat 23 „Witie”, Ewa lat 18, Jan lat 31 –żona Marianna z Palców lat 22, dzieci: Stanisław lat 3.

34

JESIONEK Wojciech (chłop) (wdowiec) laty 62, dzieci: Józef lat 25, Ewa lat 18, Jan lat 31 –żona Marianna z oalców lat 23, syn Stanisław lat 3. Łukasz Jesionek lat 34, żona Agnieszka z Kruków lat 34, dzieci: Anna lat 14, Paweł lat 8, Wojciech lat 5, Marianna lat 3 (wyjechali do Argentyny po 1907r.).

35

JESIONEK Wojciech (chłop) lat 59, żona Petronela ze Stachniuków lat 60 (z Kątów?), syn z I małżeństwa Jan lat 39.

36

JESIONEK z Kozaczków Katarzyna (wdowa) lat 43, dzieci: Franciszek lat 16, Anna lat 17, Aniela lat 7.

37

JESIONEK z Pogorzelców Anna lat 48, dzieci: Józef lat 17, Anastazja lat 14, Wiktor lat 22 –żona Rozalia z Ulewiczów lat 21, córka Agnieszka lat 1.

38

KLOC Jan (chłop) lat 73, żona Agnieszka z Walczaków lat 63. Stefan Łysiak lat 26, żona Marianna z Ulewiczów lat 23, dzieci: Jan lat 5, Agnieszka lat 4, Rozalia lat 1.

39

KLOC Józef (chłop) (wdowiec) lat 53. Paweł Jesionek (chłop) lat 27, żona Karolina z Kloców lat 27, dzieci: Wojciech lat 7, Marianna lat 3.

40

KLOC Paweł (chłop) lat 41, żona Agnieszka z Dombrowów (Bednarz) lat 41. Antoni Bednarz lat 27, żona Anna z Jesionków lat 25, dzieci: Agnieszka lat 7, Karolina lat 5.

41

KLOC Rafał (chłop) (wdowiec) lat 58. Jan Jesionczak lat 39, żona Józefa z Kloców lat 28, dzieci: Marcelina lat 7, Jan lat 5, Marianna lat 4, Karolina lat 1.

42

KLOC Wojciech (chłop) lat 63, żona Ludwika z Nowosadów lat 57, dzieci: Paweł lat 16, Stanisław lat 14; córka z I małżeństwa Katarzyna Palec lat 19; dzieci jego z I małżeństwa Łukasz Kloc lat 24 (ojciec Jana), Franciszek Kloc lat 28-żona Rozalia z Dąbrowów lat 28, córka Marianna lat 4.

43

KRUK Antoni (chłop) lat 28, żona Karolin z Jesionków lat 27, dzieci: Agnieszka lat 8, Antoni lat 3; Marcin Jesionek lat 18, Anna Jesionek lat 20; Ewa Jesionek lat 14.

44

KRZESZOWSKI Stanisław (wdowiec) lat 48, dzieci: Franciszek lat 18, Łukasz lat 10, Julia lat 23, Anna lat 12, Kazimierz lat 26 –żona Karolina z Kloców lat 22, dzieci: Paweł lat 6, Katarzyna lat 3.

45

KUWAŁEK Łukasz (chłop) lat 42, żona Zofia z Kowalskich lat 24, syn Jan lat 1; syn z I małżeństwa Adam lat 12.

46

LEWCZUK Mikołaj (chłop) lat 55 „Menka”, żona Franciszka z Podstawskich lat 54, Andrzej lat 15, Julian lat 27 –żona Helena z Pogorzelców lat 25, dzieci: Agnieszka lat 4, Rozalia lat 1.

47

LUP(B)CZYŃSKI Franciszek (chłop) lat 62, żona Marianna ze Stachniuków lat 63, dzieci: Antoni lat 20, Wiktor lat 17 „Batio”, Łuakasz lat 25 „Stelmachów Kowal”–żona Anna z Tomeczków lat 21. Jan lat 28, żona Anna z Ulewiczów lat 25, córka wiktoria lat 3.

48

LUP(B)CZYŃSKI Marcin (chłop) lat 50, żona Anastazja z Palców lat 49, dzieci: Stefan lat 20 „Kaspry”, Łukasz lat 16.

49

LUP(B)CZYŃSKI Mikołaj (chłop) (wdowiec) lat 70, syn Stefan lat 43, żona Katarzyna z Palców lat 49.

50

LUP(B)CZYŃSKI Stanisław (chłop) (wdowiec) lat 67; Agnieszka z Brudków Lup(b)czyńska (wdowa) lat 44, dzieci z I małżeństwa Filimona lat 19; Stanisław Kloc lat 15;syn brata Lup(b)czyńskiego –Semen lat 25 (pomyłka?). Katarzyna z Gieców Bagnisk (wdowa) lat 62, syn Stanisław lat 29, żona Karolina z Jesionków lat 28, dzieci: Karolina lat 7, Józefa lat 4, Wiktoria lat 3.

51

LUP(B)CZYŃSKI Stefan (chłop) lat 49, żona Anna z Palców lat 36, syn Aleksander lat 1 „Sykietka”.

52

ŁYSIAK Józef (chłop) lat 36, żona Marianna z Bednarzów lat 35, córka Agnieszka lat 1; dzieci z I małżeństwa: Stanisław Jesionczak lat 11, Karolina Jesionczak lat 14.

53

ŁYSIAK Kajetan (chłop) lat 42, żona Marianna z Bartniczuków lat 41, dzieci: Andrzej lat 17, Józef lat 11, Sabina lat 14, Karolina lat 5. (wyjechali do Argentyny ok.1928r.)

54

ŁYSIAK Stanisław (chłop) (wdowiec) lat 46, dzieci: Józefa lat 9, Ludwik lat 4.

55

ŁYSIAK Wojciech (Chłop) lat 44 „Narcik”, żona Katarzyna z Bednarczuków lat 37, dzieci: Andrzej lat 19, Ewa lat 5, Julian lat 3, Agnieszka lat 1.

56

ŁYSIAK z Kruków Karolina (wdowa) lat 48, dzieci: Agnieszka lat 23, Anastazja lat 17.

57

MORCIŚ Ignacy (chłop) lat 48, żona Magdalena z Lewczuków lat 38, dzieci: Marcelina lat 11, Józef lat 7; syn jego z I małżeństwa Paweł lat 28, żona Katarzyna z Podstawskich lat 28, córka Rozalia lat 4. Konstanty Giedz (Giec) (chłop) lat 55, zona Anna z Dziurjanów lat 54, dzieci: Piotr lat 14, Agnieszka lat 9.

58

MORCIŚ Ludwik (chłop) (wdowiec) lat 45, dzieci: Grzegorz lat 20, Kajetan lat 13, Wiktor lat 11, Paweł lat 22 –żona Julia z Sucheckich lat 21, syn Jan lat 3 „Hanczarów Inwalida”.

59

PALEC Antoni (chłop) lat 45 „Hulaka”, żona Katarzyna z Kozaczków lat 35, córka Agnieszka lat 7; córka z I małżeństwa Marianna Soroka lat 10. Jan Brudka lat 30, zona Karolina z Jesionków lat 28, dzieci: Agnieszka lat 7, Stanisław lat 5, Józef lat 1. Marianna z Przystupów lat 72.

60

PALEC Antoni (chłop) lat 64, żona Katarzyna z Kudanów l;At 65, dzieci: Stanisław lat 22, Piotr lat 27 –żona Karolina z Sucheckich lat 20. Paweł Palec lat 43 „Mielniki”, żona Marianna z Jesionczaków lat 42, dzieci Franciszek lat 10, Ewelina lat 17, Julian lat 1.

61

PALEC Józef (chłop) lat 32 (dziadek Marii Gracz), żona Karolina z Rusiaków lat 31, dzieci: Łukasz lat 10, Anastazja lat 9, Aleksander lat 1.

62

PALEC Stanisław (chłop) lat 51, żona Agnieszka z Jesionków lat 51, dzieci: Łukasz lat 30, Paweł lat 25, Józef lat 23, Kazimierz lat 16, Karolina lat 12, Aniela lat 10.

63

PALEC z Ruckich Marianna (chłopka) (wdowa) lat 41, dzieci: Józef lat 13, Paulina lat 17, Stanisław lat 10, Karolina lat 4. Wojciech Harmata lat 25, żona Elżbieta z Bednarzów lat 24, syn Aleksander lat 1.

64

POGORZELEC Józef (chłop) lat 55, żona Anna z Chudziaków lat 54, dzieci: Antoni lat 23 „Będzie”, Jan lat 14, Franciszka lat 16, Karolina lat 9.

65

POGORZELEC Łukasz (chłop) lat 33, zona Rozalia z Pradunów lat 30, dzieci: Jan lat 10, Piotr lat 8, Wojciech lat 3, Agnieszka lat 1. Katarzyna ze Stankiewiczów (wdowa) lat 67.

66

POGORZELEC Łukasz (chłop) lat 43, żona Marianna z Jesionczaków lat 35, dzieci: Antoni lat 19 „Smulski Antek”, Paweł lat 6, Julian lat 3. Antoni Pogorzelec lat 36, żona Karolina z Kruków lat 32, dzieci: Marianna lat 5.

67

POGORZELEC ze Smulskich Katarzyna (wdowa) lat 59, syn Jan lat 19.

68

PRZYSTUPA Antoni (chłop) lat 47, żona Zuzanna z Jesionczaków lat 44, dzieci: Paweł lat 21, Stanisław lat 20, Józef lat 8, Agnieszka lat 17, rozlaia lat 9, Jan lat 25- żona Józefa z Jesionczaków lat 23, dzieci: Karolina lat 3, Aleksander lat 2. Józefa z Banachowiczów (wdowa) lat 70.

69

PRZYSTUPA Paweł (chłop) (wdowiec) lat 57, syn Józef lat 33, żona Ewa z Kruków lat 30, dzieci: Jan lat 4 „Chałacik”, Józefa lat 1.

70

SKIBIŃSKI Józef (chłop) lat 44, zona Apolonia z Jesionków lat 43, dzieci: Franciszek lat 18, Antoni lat 7 (gajowy), Rozalia lat 19, Anna lat 5, Bronisława lat 1. Julia z Kudanów Jesionek (wdowa) lat 63.

71

SMULSKI Paweł (chłop) lat 42, żona Magdalena z Pogorzelców lat 39, dzieci: Adam lat 18 „Kucharz”, Jan lat 15, Józef lat 10 „Piłat”, Aleksander lat 3.

72

SOROKA z Paździerskich Julia (chłopka) (wdowa) lat 38, dzieci: Józef lat 23 (ojciec Franciszka Soroki), Wincentyna lat 18 (matka Zofii Araszewicz), Jan lat 25 –żona Katarzyna z Bagniuków lat 21, syn Stanisław lat 3. Zygmunt Soroka lat 31, żona Agnieszka z Podstawskich lat 29, dzieci: Wojciech lat 7, Wiktor lat 5, Andrzej lat 5, Łukasz lat 4. Kajetan Soroka lat 18.

73

STRAŻYC Józef (chłop) lat 44, żona Jadwiga z Weremkowiczów lat 30 (z Kowla), dzieci Marianna lat 7, Aleksander lat 4, Wincenty lat 1. Paweł Weremkowicz (wdowiec) lat 62.

74

SZWED Józef (chłop) (wdowiec) lat 77, dzieci: Wiktor lat 12, Michał lat 10; dzieci z I małżeństwa: Franciszek lat 32, Jan lat 25, Antoni lat 39 –żona Agnieszka z Szewczuków lat 36, dzieci: Marcelina lat 4, Jan lat 1.

75

SZWED Kajetan (chłop) (wdowiec) lat 82 (pradziad Leona Popka-zmarł w 1912r.), dzieci: Józef lat 24 (pomyłka Stanisław, a nie Józef), Michał lat 34-żona Karolina, córka Paulina. Jan Szwed lat 27 „Amerykaniec-dziadek Leona Popka, żona Anna z Dyczków lat 20 (miała 25lat w rzeczywistości)), dzieci: Julian lat 1, Marianna laty 4. Paweł Szwed lat 36, zona Konstancja z Papaczów lat 25 (z Dorohuska), syn Kazimierz lat 1 „Kadełko”; dzieci z I małżeństwa: Józef lat 6 (nauczyciel-ojciec Teresy Nietykysz), Mieczysław lat 3 (zmarł dzieckiem).

76

SZWED Łukasz (chłop) lat 46, zona Marianna z Trusiuków lat 45, dzieci: Józef lat 24, Wiktor lat 22, Antoni lat 18, Stanisław lat 12, Małgorzata lat 17 (matka Stanisława Stockiego), Katarzyna lat 15, Aleksander lat 7, Anastazja lat 4.

77

SZWED Marcin (chłop) lat 44, żona Ewa z Pogorzelców lat 41, dzieci: Łukasz lat 19, Anastazja lat 13.

78

SZWED Michał (chłop) lat 89. Stanisław Szwed lat 38, żona Marianna z Łysiaków lat 30 „Popicha” z Ostrówek, dzieci: Franciszek lat 11, Antoni lat 3, Aniela lat 5.

79

SZWED Tomasz (chłop) lat 55, żona Katarzyna z Palców lat 58, syn Paweł lat 30 „Cija”-żona Karolina z Przystupów lat 27, dzieci: Tomasz lat 5, Wiktor lat 1 „Wiktorońko”, Anastazja lat 3.

80

SZWED Wojciech (chłop) lat 39, żona Karolina z Palców lat 32, dzieci: Marianna lat 12, Józef lat 9.

81

SZWED z Jesionczaków Jadwiga (chłopka) (wdowa) lat 36, dzieci: Michał lat 18 (dziadek Elżbiety, Wiesława, Stanisława, Michała), marian lat 16, Paweł lat 15 (wyjechali do Ameryki przed 1914r.), Józef lat 10. Kajetan Bednarz (wdowiec) lat 66.

82

TOMECZEK Paweł (chłop) lat 35 „Moskal”-Łysiak, żona Paulina z Konopków lat 31 (z Opalina), córka Aniela lat 3. Katarzyna Romańczuk (wdowa) lat 52, córka Teresa lat 17.

83

TOMECZEK z Zająców Marianna (chłopka) (wdowa) lat 50, dzieci: Tomasz lat 16, Anastazja lat 19, Agnieszka lat 11.

84

ULEWICZ Kajetan (chłop) lat 47 „Pawły”, żona Anastazja z Jesionczaków lat 34, dzieci: Paweł lat 16, Rozalia lat 13, Agnieszka lat 10, Katarzyna lat 7, Wojciech lat 5, Jan lat 4.

85

ULEWICZ Ksawery (chłop) lat 51, zona Agnieszka z Tarasiuków lat 49, dzieci: Grzegorz (głuchoniemy) lat 30, Łukasz lat 25, Tomasz lat 18, Ignacy lat 12, Jan lat 9, Aniela lat 7. Siostra Marianna Ulewicz lat 37. (Część rodziny nadal mieszka na Syberii)

86

WALCZAK Łukasz (chłop) lat 40, żona Karolina z Wasiuków lat 37, dzieci: Paweł lat 14, Stanisław lat 12, Kamila lat 17, Michał lat 9, Anastazja lat 4, Jan lat 3.

87

WALCZAK Tomasz (wdowiec) lat 48, dzieci: Józef lat 23 –zona Anastazja z Ulewiczów lat 20; brat Piotr lat 19, brat Paweł lat 16, brat Jakub lat 6.

88

WALCZAK z Bagniuków Karolina (wdowa) lat 40, córka Józefa lat 9. Katarzyna Szwed (wdowa) lat 70, syn Antoni lat 27, żona Julia z Bednarczuków lat 25, syn Aleksander lat 4.

89

WALECZEK Jan (chłop) lat 39, żona Rozalia z Giedzów (Gieców) lat 27, dzieci: Józef lat 4 „Osadnik’-Marii Matyszczuk, Marianna lat 3 ”Bośniak”; dzieci jego z I małżeństwa: Stefan lat 15, Paweł lat 11, Agnieszka lat 8.

90

WALECZEK Jan (chłop) lat 48, żona Marianna z Lup(b)czyńskich lat 48, dzieci: Andrzej lat 25”Duda”, Józef lat 17, Katarzyna lat 4.

91

WALECZEK Paweł (chłop) lat 39, żona Magdalena z Przystupów lat 36, syn Andrzej lat 1; córka jego z I małżeństwa Marianna lat 14. Agnieszka ze Skibińskich (wdowa) lat 69.

92

WALECZEK Wiktor (chłop) lat 25, żona Marianna ze Szwedów lat 25, córka Stanisława lat 3.

93

WAWRZYK Michał (chłop) lat 43 „Michałko”, żona Apolonia z Bocianów lat 42 (z Opalina), dzieci: Tomasz lat 17, Piotr lat 15, marianna lat 6, Adam lat 4.


Data powstania strony:  sierpień 2004 r., ostatnia aktualizacja: maj 2009 r.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH