| Relacja
Genowefy Stasz z d. Marcinek
W mojej pamięci pozostały wrażenia zgodnego i przyjaznego życia z sąsiadami Ukraińcami.
Świętowaliśmy wspólnie święta religijne. Wojciech budował
maszyny rolnicze i wykonywał usługi młockarnią. Wybudował dom murowany - jedyny w koloni Witoldówka. Przyjaźnił się z sąsiadem Jasińskim - Ukraińcem. Po wejściu hitlerowców zaczęły działać bandy
ukraińskie. W Wigilię Bożego Narodzenia z 1942 - 43 nastąpił atak uzbrojonych jednostek
ukraińskich, jedyny który pamiętam. Ukraińcy w odwecie za porażkę we wcześniejszym ataku - którego nie pamiętam, a w którym zginął przywódca bandy (nie znam nazwiska - był to gruby, bogaty człowiek), którego powiesili Polacy na dębie. Wojciech uprzedzał kolonistów, żeby uważali w Wigilię bo w okolicznych wsiach zdarzały się b. częste pogromy Polaków. Nie wszyscy posłuchali. Wojciech przygotował karabin maszynowy w bunkrze. My siedzieliśmy z innymi sąsiadami w naszej piwnicy - wybetonowanej bez okna i przykrytej betonowym
włazem. Była ok. 2 w nocy, kobiety w koszulach nocnych, boso uciekły na stację w
Ożeninie. Wojciech odparł atak. Julian Marcinek podchodził pod tyły napastników i atakował znienacka na tyłach
("Nie strielaj eta swoi"). Wieś w pobliżu domu Wojciecha i Juliana Marcinka ostała się, a reszta została spalona. Zginęło małżeństwo Maliszkiewiczów -
ona była nauczycielką (ukryli się w stodole) nie wiem co i gdzie uczyła. Pamiętam ryki bydła, które
płonęły w stajniach. Większość ludzi po tym ataku wyjechało prawdopodobnie do Ostroga, Zdołbunowa. Mnie Wojciech zawiózł do Zdołbunowa do rodziny Szmitów (nie znam pisowni), jadłam buchty i czosnyczkę. Słyszałam, że bandy
okrutnie mordowały dzieci, kaleki, starców. Wojciech po wejściu sowietów został aresztowany ale
wypościli go bo nie znaleźli broni. Nie zesłali go na Sybir bo miał "szorstkie "
spracowane dłonie- to oznaczało, że nie jest "panem". Wojciech nie chciał wyjeżdżać mimo tych wszystkich nieszczęść. Ukrainiec Jasiński powiedział "mam rozkaz ciebie zabić, jak ja ciebie nie zabiję to oni mnie zabiją" Wojtek wyjechał. Jeszcze pamiętam Ukraińca Prokopa z Majówki, który był dobry i lubiany, chodziliśmy na kłodki - zapusty. Był zmuszany do band aby mordować Polaków, nie zgodził się więc zginął z rąk Ukraińców. Rozpuścili
informację, że zabili go Polacy. Szłam na pogrzeb z Antoniną Urban a
polscy żałobnicy zawracali z pogrzebu bo Ukraińcy wołali, że Polacy go zabili " co on wam winien, żeście go zabili".
Nie dotarliśmy na pogrzeb, nie widzieliśmy się z rodziną Prokopów już nigdy. Pamiętam nazwiska kolonistów:
Ciecierski, Tugi, Korytki (mieszka w Krośniewicach),
Kacprowicze, Mierzwińscy (Zosia mieszkała w Dąbrowicach z częścią rodziny, reszta na ziemiach odzyskanych), Krzemińscy.
Bardzo interesujący epizod dotyczy księdza kapucyna Gabriela
Banasia, który był na parafii Ożenin od kiedy pamiętam. Po wejściu sowietów do Ożenina, zdemolowali kościół.
Rzucili granat do pokoju księdza pod łóżko. Granat wybuchł, ksiądz spadł i chwile był ogłuszony ale nic mu się nie stało. Z kościoła zrobili magazyn. Później ksiądz mieszkał w naszym domu i odprawiał w nim msze. Julian Marcinek i Ziomek kolega ojca ostrzegali księdza , żeby się schował bo idą sowieci. Ksiądz na to, że on im nic nie winien,
czemu ma uciekać, wcześniej nie uciekał przed Niemcami. Nadeszli sowieci:
"swiaszczenik wstupaj z nami". Julian i Ziomek do sowietów:
"napijcie się z nami", stawiali wódkę, jedzenie a w między czasie ksiądz stoi i czeka. Ziomek go pchnął do piwnicy i w ten sposób uratowano księdza
Banasia. Później już był mniej ufny sowietom. Jego historie spisane
prawdopodobnie są u księży kapucynów w Krośnie.
|